Wywiad z Dagną Ślepowrońską o twórczości

O czym jest „Wielki Fart”?
Jest to dramat o próbie zaistnienia ludzi poprzez telewizję, która w miarę ich otwierania się przed kamerami coraz bardziej ich upokarza i wchodzi w ich intymność pod postacią artyzmu. Na poziomie głębszym jest o polskiej rodzinie i o wpływie katolicyzmu na ich zachowanie.

Jaki był odbiór tej sztuki w Laboratorium Dramatu?
Sztuka była czytana dwukrotnie, na warsztatach dramaturgicznych nad Wigrami i potem w LD w Warszawie. Nad Wigrami ważne było dla mnie przyglądanie się tekstom innym autorów. To doskonałe szlifowanie rzemiosła. Słychać, jak tekst pracuje, co można z nim zrobić, jak wyostrzyć dialog, poprawić rytm, jak brzmią różne słowa.
Samo czytanie „Wielkiego Fartu” w Laboratorium Dramatu nie było wielkim przełomem. Po sugestiach zmian, które padły na warsztatach, kilka rzeczy wyczyściłam i ukonkretniłam. np. jedna z postaci z anonimowej stała się Matką Boską. Podczas dyskusji w LD usłyszałam kolejne sugestie np. wyostrzyć część telewizyjną. Czasami fantazje słuchaczy szły daleko. Nie da się zaspokoić oczekiwań wszystkich reżyserów i dramaturgów, natomiast warto wiedzieć, jak pewne kwestie można inaczej rozwiązać. Byłoby niedobrze, gdyby LD służyło temu, by zbiorowo napisać lepszy tekst. Sztukę musi napisać autor, a pokazanie jej innym powinno być inspiracją do eksperymentowania i wprowadzania zmian. Potrzebne jest tu mądre wyważenie, gdyż można stać się autorem tekstu wiecznie poprawianego. Samo eksperymentowanie i sprawdzanie tekstu jest natomiast bardzo dobre.

Czy po czytaniu w LD poprawiłaś tekst?
Tak. Stał się ostrzejszy, bardziej domknięty i spójny. Wyszlifowałam część telewizyjną, zmieniłam niektóre postaci, wzmocniłam także i napisałam bardziej czytelną puentę.

Co teraz dzieje się z „Wielkim Fartem”?
„Wielki Fart” w pierwotnej wersji został wystawiony w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, niezależnie od mojej współpracy z LD. To było ciekawe porównanie, jak tekst zadziałał na scenie, a jakie wrażenie odniósł tutaj. Tragikomiczna sytuacja. To, co w Laboratorium Dramatu wydawało się nieteatralne, sprawdziło się na scenie. Publiczność śmiała się, płakała, żywo reagowała. To był prawdziwy sprawdzian, co nie oznacza, że nie szanuję tego, co mówią ludzie teatru. Mam ochotę doprowadzić do wystawienia nowej wersji, która powstała pod wpływem LD.

Co jest najważniejsze w pracy w LD?
Myślę, że najważniejsze tutaj jest tworzenie pomostu między dramaturgami, reżyserami i aktorami. Reżyser powinien być interpretatorem tekstu, a nie kimś, kto go potnie i pozmienia. Powinien być też mediatorem pomiędzy aktorem a dramaturgiem. Dla mnie najważniejszy jest kontakt z aktorami. Tekst sprawdza się najlepiej w trakcie prób scenicznych. Pisałam kiedyś spektakl dla Teatru Lalka i przychodziłam na próby przez pierwsze i ostatnie dwa tygodnie i widziałam, jak tekst układa się pod konkretnych aktorów. Poprawiałam go na bieżąco biorąc pod uwagę ich sugestie odnośnie odgrywanych postaci czy nawet trudne słowa do wypowiedzenia przez nich. Tekst zawsze żyje poprzez aktora i jest tworzywem dla niego. W związku z tym ja najbardziej się im przyglądam, słucham, na ile aktorzy są w stanie wejść w postać, na ile ja daję im tworzywo, by powiedzieli i pokazali coś ważnego. Między aktorem i dramaturgiem musi być pełne porozumienie. To zderzenie jest najważniejsze, ważniejsze niż czytania w LD.

Czy LD ma przyszłość?
Jest ważną inicjatywą z punktu widzenia rozwoju dramatu. Można myśleć nad formułą, która by dawała jak najwięcej wszystkim stronom. Sugeruję tutaj jak najwięcej roboczej pracy dramaturga z aktorem. Etap początkowy, gdy można sobie wiele rzeczy wyjaśniać i etap końcowy, gdy już aktor o wiele więcej wie o postaci niż ja i proponuje konkretne zmiany. To jest ta część pracy, na który ja jestem bardzo otwarta, o wiele bardziej niż czytania z ludźmi teatru, które są tylko rozważaniami teoretycznymi. Sugeruję, aby LD było nie ścieżką czytania, ale szybkiego wystawienia sztuki.

Z Dagną Ślepowrońską rozmawiała Joanna Owsianko. www.tat.pl