Wywiady z cyklu Brudnopis Polski - czyli 24 lata z życia Salonu 101- powstały z inspiracji Kasi Kazimierowskiej, Wojciecha Przybylskiego (ResPublicaNowa) oraz osób związanych z codziennością życia na Saskiej 101. W rozmowach i wywiadach zapisane sa wątki osobiste, obyczajowe, rodzajowe i anegdoty, które miały mieć wpływ na wiele osób, idei i inicjatyw społecznych, politycznych i artystycznych w Polsce lat 1984 – 2008.

Z Basia Fiołek rozmawia Irena Wiszniewska

 

Najwdzięczniejsze tworzywo

 
Bywałaś na Saskiej w miarę regularnie w latach 1988 - 96. Mimo to wolisz mówić o sobie, że byłaś świadkiem a nie uczestnikiem Salonów.

Nie identyfikowałam się z Salonem, to nie była moja formuła, poruszałam się tam po obrzeżach, jako obserwator. Na Saskiej bywałam w okresie, gdy  salon wdał się w politykę, a ja nie uważam się za zwierzę polityczne, raczej za metafizyczne.

A jednak z Małgorzatą było wam po drodze.

Polityka wprawdzie nie stanowi rdzenia mego życia, ale jest częścią mego dziedzictwa. Pochodzę z rodziny „kryminalistów”, to znaczy, że mój ojciec, aresztowany w czasach stalinowskich, przesiedział siedem lat w więzieniu, skazany za działalność w organizacji Wolność i Niezawisłość. I moja babcia siedziała równolegle, 3,5 roku, za współpracę z WiN. Wcześniej oboje byli oczywiście w AK, także moja mama jako dziecko niemal, była tam łączniczką i sanitariuszką. Od dzieciństwa więc byliśmy z bratem trenowani w podwójnej świadomości, uczeni, co można powiedzieć, co trzeba przemilczeć: o więzieniu taty, o AK, o WiN-ie można było rozmawiać tylko w domu oraz z najbardziej zaufanymi, sprawdzonymi osobami.

W stanie wojennym knułam w tygodniku Mazowsze, przygotowywałam skład do druku. Swoje robiłam, bo miałam wysoko rozwiniętą świadomość polityczną. Z Małgorzatą poznałyśmy się przy okazji innego knucia, podczas organizowania wystawy w podziemiach kościoła Świętego Krzyża z okazji listopadowej rocznicy odzyskania niepodległości. Zaofiarowałam pomoc i tak to się zaczęło.

Działałyście razem?

Małgorzata wciągnęła mnie do realizacji filmowych i do telewizji. Skończyłam filozofię na ATK, a przedtem uczyłam się fotografii, więc jakieś tam oko mam, potrafię coś napisać… Asystowałam przy kręceniu dokumentu o zabójstwie księży Niedzielaka i Suchowolca. Było niebezpiecznie, czuło się zamordyzm. Zabraniano nam filmować wizję lokalną po zabójstwie Niedzielaka, ale Małgośka uparła się i zrobiła swoje, miała wsparcie mecenasa Olszewskiego. Materiał montowałyśmy ukradkiem. Małgorzata przed stanem wojennym pracowała w telewizji, wprawdzie ją wyrzucono, ale kontakty pozostały, więc nie raz, nie dwa po nocach montowałyśmy filmy na Woronicza. Sprzęt mieliśmy para-profesjonalny, działaliśmy we trójkę z Krzysztofem K., moim ówczesnym partnerem pod nazwą Niezależna Grupa Reporterska Index. Film „Nieznani sprawcy” o zamordowanych księżach telewizja publiczna wyemitowała parę lat później.

Grupa Index wyprodukowała jakieś inne dokumenty?

Robiliśmy filmy o zacięciu ekologicznym, wtedy nikt nie wiedział czym to się je. Na przykład o zanieczyszczonej wodzie, którą ludzie piją na wsi. Wyszły ładne ujęcia żółtawej cieczy zalegającej w płytkich studniach. Potem zajęłyśmy się sprawami chłopskimi, kręciłyśmy między innymi kampanię Romana Bartoszcze, gdy kandydował na prezydenta.

W pewnym okresie bawiliśmy się w szalonych reporterów. Zajęliśmy się prawami człowieka. Pamiętam mój reporterski wyjazd z kamerą do Tallina (Estonia) na pierwsze spotkanie organizacji niepodległościowych byłego ZSRR, na które zjechali się ludzie i z Syberii i z Mongolii. Później, jako jednoosobowa ekipa w 1991 roku zostałam oddelegowana do Rumunii, gdzie trwał studencki protest przeciwko postkomunistom i Ionowi Iliescu. To był czas wyborów, pojechałam filmować na prowincję i przypadkiem nakręciłam przebojowy materiał. W lokalu wyborczym stoi kolejka babć do kabiny do głosowania. Z każdą z nich po kolei za zasłonkę wchodzi ten sam mężczyzna. Tak to sobie filmowałam, do końca nie zdając sobie sprawy ze znaczenia tej scenki. Dopiero potem do mnie dotarło, że niechcący utrwaliłam na taśmie proces fałszowania wyborów. Materiał kupiła na pniu niemiecka stacja. Za honorarium, które wtedy wydało nam się horrendalne, można by zakupić dobrą kamerę. To był chyba pierwszy i ostatni raz, gdy grupa Index tyle zarobiła.

Jak wyglądały spotkania na Saskiej przed Okrągłym Stołem?

Jak sięgam pamięcią, zawsze miały charakter polityczny. To był okres kiedy u Małgorzaty mieszkał Janek Parys. Janek był zaangażowany politycznie, mieli wspólne cele. Bardzo częstym i lubianym gościem salonowym był Peter Raina, autor monografii o Jerzym Popiełuszce. Pamiętam Jana Olszewskiego, Czesława Bieleckiego,Zdzisława Najdera, Lecha Jęczmyka, który chyba potem do Senatu startował, Józefa Szaniawskiego, ostatniego więźnia PRL-u, przeciwnika jakichkolwiek kompromisów politycznych, no i naszych Trzech Budrysów: Jana Parysa, Romualda Szeremietiewa i Tadeusza Stańskiego. Ten ostatni nie zaistniał na podwórku politycznym, chyba w jakiś biznes poszedł.

Na Saskiej bywali ludzie z prawej strony sceny politycznej, ale z różnych środowisk. Spotkania miały charakter kameralny, przychodziło 10-13 osób. Wszyscy zasiadali wokół stołu, rozmawiano o sytuacji politycznej. Jednak nikt otwarcie nie mówił, w czym siedzi, skąd jest. Dopiero znacznie później dowiedziałam się, czym dokładnie w tym czasie zajmowali się Parys i Szeremietiew. Te pierwsze wieczory były mało zobowiązujące, nie miały etykietki nadrzędnej. Od czasu do czasu trafiał się temat przewodni, który najczęściej dyktowała bieżąca chwila. Z pewnością był to okres fermentu. Nie mam optymistycznej natury, ale nawet ja czułam wówczas pewien optymizm, coś konstruktywnego. Tak to odbierałam i to mnie mobilizowało do działania i do trochę innego myślenia.

Jak Salon zareagował na Okrągły Stół?

Z Salonu chyba tylko Jan Olszewski w nim uczestniczył, reszta była bardzo niezadowolona z rezultatów. Dominował pogląd, że paktować z komunistami i iść na ustępstwa to skandal.Prowadzono na ten temat ostre rozmowy. W praktyce salonowej zaszły zmiany. Przestaliśmy siedzieć za stołem. Spotkania często rozpoczynały się rodzajem wykładu wybranej osoby. Pamiętam, że w okolicach święta niepodległości Szeremietiew wygłosił referat na tematy historyczne, innym razem Peter Raina coś ciekawie komentował. Te wystąpienia nie miały prowadzić do jakichś konkretnych wniosków, ani natychmiastowych działań. Były raczej natury akademickiej, stawiały sobie cel edukacyjny i mobilizujący. Po dyskusji ludzie rozchodzili się grupkami.

Jak zwierze metafizyczne oceniało bywające w Salonie zwierzęta polityczne?

Obserwowałam jak przyszli politycy, którzy zaklinali się, że dla nich najważniejsze są „Bóg, Honor, Ojczyzna”, zdradzają wyznawane wartości, może nie ojczyznę, ale pozostałe tak. Ukończyłam wprawdzie ATK, ale nie należy tym się przejmować, ponieważ jestem osobą niewierzącą i zdeklarowanym antyklerykałem. Wspominam o tym dlatego, że te hasła ”Bóg, Honor, Ojczyzna” jakby wypisane na ich czołach, strasznie mnie wkurzały. Wyznaję radykalne poglądy, również w tym sensie, że nikt nie ma obowiązku niczego głosić, a jeżeli już głosi, jeżeli się czymś podpiera, to niech będzie konsekwentny. Pod tym względem zawsze byłam i jestem bardzo zasadnicza.

Ci ludzie nie byli wierni wartościom, które wyznawali oficjalnie. Pozwalali utrzymywać się kobietom, zdradzali swoje żony, kochanki. Ich dziewczyny usuwały ciąże, a oni spokojnie wypowiadali się publicznie za zakazem aborcji.  Co tu mówić o honorze? Dla mnie to była wielka kompromitacja. Człowiek jest całością. Nie można, zdradzając w jednej dziedzinie, w drugiej dochowywać wierności. Takich cudów nie ma. My, populacja rządzona, mamy prawo wymagać od osób publicznych nie tyle, by były niepokalane, ale by były transparentne ipotrafiły wcielać w życie wartości, które głoszą. W przeciwnym razie to będzie tylko gra.

Małgorzata nie widziała tego, co ty?

Widziała. Rozmawiałyśmy o tym wielokrotnie.

Co tak naprawdę robił Parys w życiu Małgorzaty?

Jak się okazało, dzięki jej różnym kontaktom robił karierę polityczną. Po opublikowaniu wywiadu rzeki z o. prof. J. M Bocheńskim, wyrósł bez mała na literata. Nigdy nie umiał docenić tego, co jej zawdzięcza. Poruszyłam wątki osobiste dlatego, że mam zwyczaj rozpatrywać świat w kategoriach wartości – prawdy, dobra, piękna. Gdy Małgosi działa się krzywda, mnie też bolało.

Musiało być jednak w tych ludziach coś fascynującego.

To nie byli ludzie małego kalibru. Mieli rodzaj misji – doprowadzić do tego, żeby Polska stała się wolna i niepodległa. To ich motywowało, nobilitowało i sprawiało, że mieli posłuch w społeczeństwie. Pamięć o nich ocalała.

W wyborach prezydenckich z 1990 roku Salon podtrzymywał Romana Bartoszcze, kandydata PSL-u. Co na to wpłynęło?

Nie przypominam sobie, co się na to złożyło. Być może zagrało obeznanie z tematem, zdobyte dzięki filmom, które grupa Index nakręciła o problemach z ekologią na wsi. W czasie kampanii prezydenckiej Romana Bartoszcze też kręciłyśmy, robiąc clipy telewizyjne. Jeździłyśmy za nim wszędzie. W jego rodzinnej wsi na Mazowszu spałyśmy kątem na jakiejś kozetce, przykryte jednym zgrzebnym kocykiem. Przyjęła nas wtedy, chłopska działaczka z dziada pradziada, sprawiła na mnie olbrzymie wrażenie.  Mamy na koncie zrealizowany dokument „Chłopi89”, o zjeździe założycielskim Rolników Indywidualnych. Różne nurty ścierały się ze sobą, wtedy dużo się działo. Ludzie reagowali ostro, po chłopsku. Nie walili się wprawdzie po pyskach, ale wrzasku i krzyku było co niemiara.

Jakim człowiekiem był Roman Bartoszcze?

Mądrym, spokojnym, niezwykle prawym. Pochodził z rodziny założycieli chłopskiej Solidarności. W stanie wojennym był internowany, po zwolnieniu wydawał razem z bratem Piotrem podziemne pismo "Żywią i bronią". UB ich inwigilowało. W 1984 Piotr został zamordowany, jego zmasakrowane zwłoki odnaleziono w studni na polu. Oficjalnie uznano, że zginął po pijanemu, ale nikt nie miał wątpliwości, że za tym zabójstwem stoi ubecja. Bartoszcze bardzo przeżył śmierć brata, motywowało go to do wzmożonego działania. Szkoda, że potem wycofał się z polityki

Jak zaaklimatyzował się w saskim Salonie?

Wtopił się w sposób naturalny. Małgorzata ma talent stwarzania atmosfery, w której każdy dobrze się czuje, nawet ja.. Przy tej mojej, jak mówi Małgosia, „osobności”, nawiązałam w Salonie ciekawe kontakty. Miałam romantyczną przygodę z jednym panem. Później zaprzyjaźniłam się z Tanią Wójtowicz, artystką, Rosjanką, która razem z mężem pomieszkiwała u Małgosi, z Rafałem Ekwińskim, malarzem, mieszkającym dziś w Nowym Jorku, z Mirkiem Kozakiem, muzykiem. Ze wszystkimi utrzymuję kontakt do dziś.

Legenda głosi, że gabinet rządu Olszewskiego narodził się na kanapie w Salonie. Jaką rolę odegrała w tym Małgorzata.

Olszewski bywał również na otwartych salonach, ale gabinet cieni powstawał bez publiczności. Małgorzata udostępniała miejsce, ale jej udział na tym się nie kończył, stanowiła jakby wspólny mianownik towarzysko-polityczny całego przedsięwzięcia. Była gwarantem, że ci ludzie, z których nie wszyscy znali się osobiście, występują w dobrej wierze. W tym sensie Małgośka odegrała znaczącą rolę polityczną.

Co zmieniło się na Saskiej, gdy Jan Parys został Ministrem Obrony?

Gdy Janek został mianowany, natychmiast przyjechała ekipa i zaczęła układać kable. Cały dom został podłączony do kamer. Małgorzatę to męczyło, wiele rzeczy ją uwierało, choć po swojemu, jak to ona, natychmiast zaprzyjaźniła się z ochroną. O ile się nie mylę, to dla potrzeb nowego stanowiska w ostatniej chwili, tuż przed nominacją, wzięli ślub. Dzieci Małgorzaty, chociaż uczestniczyły we wszystkim, nie bardzo wiedziały, co się dzieje, były małe. Małgorzata, pamiętam, już wtedy czuła się wypalona i ten związek nie potrwał długo.

Czy Małgorzata w jakiś sposób zapłaciła za swoje zaangażowanie polityczne?

Małgosia w pewnym momencie przesyciła się polityką; to nie była jej poetyka. Raz jeden dała się namówić na kandydowanie do Sejmu, jako niezależny kandydat, chciała wesprzeć partię chłopską. Ona spełniała się w inny sposób – stwarzając ludziom możliwości działania. W stanie wojennym była autonomiczną jednostką aktywną w podziemiu,  potem jej działalność polityczna związała się z działalnością niepodległościową Parysa. Janek był zwierzęciem politycznym, przynajmniej za takiego chciał uchodzić.

 
Po rozwodzie z Parysem, Saska została zamknięta. Dlaczego?

Małgorzata była bez grosza. Wynajęła Saską, za dobre pieniądze, organizatorom Canal Plus.

Przeprowadziła się z dziećmi na Adampolską, tam też odbywały się spotkania salonowe. To był moment przełomowy, jej życie uległo transformacji. Powróciła do swoich zainteresowań artystycznych. Pojawił się, nowy partner, artysta i w sposób naturalny wróciła do swojego świata sztuki.

 

Gdyby rozpatrywać Salon w kategoriach filozoficznych, kto byłby jego patronem?

Jeżeli już to Sokrates, myśliciel o najszerszym horyzoncie nie tylko filozoficznym, ale i egzystencjalnym. Głównie z przyczyn natury formalnej. Na Saskiej odbywały się biesiady w sokratejskim tego słowa znaczeniu. Jadła i napoju może nie było za dużo, bo z braku funduszy zlepiało się to z czegokolwiek, ale idei nigdy nie brakowało.

W klasycznej sokratejskiej biesiadzie mistrz zagaja i od czasu do czasu poucza. Małgorzata nie była wprawdzie mistrzem, ale miała zwyczaj zaganiania stada, nie pozwalając, by się rozłaziło. Potrafiła łączyć merytorycznie ludzi z kompletnie różnych bajek, w tym znaczeniu było to miejsce wielokulturowe.  A wśród biesiadników plątał się zawsze pies Małgosi, o imieniu - nomen omen – Platon…

Sokrates zadawał podchwytliwe pytanie, żeby doprowadzić do zakwestionowania pewników. Czy to się jakoś przekłada na Salon?

Tak. Myślę, że można to przełożyć poprzez Małgosię, i jej bardzo prowokacyjną umysłowość. Potrafiła skłaniać do niestandardowego myślenia. Panowie politycy nieraz to odczuli, nie zawsze  było to dla nich wygodne.

Czy Małgorzata prowadziła salon z jakimś świadomym założeniem?

Salon był przedłużeniem jej życia. W pewnym sensie emanacją jej życia społecznego, jej własnym sposobem na obecność publiczną. Nie kierowała nią ambicja, ponieważ ona nie miała najmniejszej aspiracji do rządu dusz. Salon był dla niej formą zarządzania większym obszarem niż własne życie. Znalazła metodę na to, by inni aktywnie w nim partycypowali.

To inni wynosili samą ideę salonu oraz idee w nim zaczerpnięte na zewnątrz. Małgośce chodziło  o kreowanie nowego bytu w świecie szerszym niż własne życie.

To wynikało z potrzeby kreacji. Tak, jak niektórzy rzeźbią, inni malują - jej tworzywem, najwdzięczniejszym, są ludzie.