Puenty Puenty - Grzegorza Eberhardta

zanim pojawiły się recenzje i rzeczywiste zainteresowanie późnym debiutem Grzegorza, Salon101 zorganizował "swoich" i debatowali, debatowali, rozważali, czytali opowiadanka i cmokali. To rzeczywiście bardzo dojrzała proza - jak autor. Oby tak dalej.....

 

Recenzja-Rzeczpospolita - Późny, dojrzały debiut

 

Z trzech części: "Ego", "Koledzy" i "Nowy Jork" składa się tom opowiadań Grzegorza Eberhardta "Puenty". Jest to bardzo późny debiut pisarza, znanego wcześniej bardziej w świecie filmu, na którego życiorysie mocno zaciążył, ze wszystkimi konsekwencjami, stan wojenny. Przekona się o tym każdy czytelnik 27 mocno autobiograficznych opowiadań znajdujących się w "Puentach".

Już pierwsze teksty szkicują portret psychologiczny bohatera żyjącego w świecie przegranym, w świecie skazanym na klęskę, z którego uciec niepodobna. Można podejmować jedynie próby ucieczki.

W świecie tym żyje się w stanie bezustannego zagrożenia. Ktoś nagle do kogoś strzela, ktoś inny wypada z okna, na scenie padają trupy i to jest dopiero prawdziwa sztuka. Panuje atmosfera iście surrealistyczna. W ranek po nocy sylwestrowej robotnicy jadą tramwajem do huty na... porannego pokera. Poszukiwanym wampirem okazać się może każdy, a przerażający gwałt staje się aktem miłosierdzia, o ile tylko przekroczymy jakąś kolejną barierę, intelektualną i etyczną. W świecie zachwianych norm moralnych nic nie jest niemożliwe.

Wraz z "Kolegami" wchodzimy w okres stanu wojennego, znaczonego przede wszystkim pracą poligraficzną przy drukowaniu podziemnego "Tygodnika Wojennego", czym rzeczywiście zajmował się autor "Puent". Opowiadania z tego cyklu są interesujące i z tego powodu, że występują w nich autentyczne postaci, ludzie częstokroć znani, a w swoim czasie mniej lub bardziej zaangażowani w "konspirę", jak np. Piotr Szczepanik.

Stan wojenny zniósł surrealizm po polsku, jako że sam był surrealistyczny. I oto w którymś momencie w rojeniach pracującego przy sitodruku bohatera opowiadania "Po prostu" pojawia się w warszawskim mieszkaniu Rockefeller, popija Arabikę (bo kawy naturalnej nie ma), a ustęp spłukuje miską. W końcu taka projekcja to była jakaś odtrutka na enuncjacje wojewody (elbląskiego zresztą), zastanawiającego się na łamach "Polityki", czy mieszkanie to przypadkiem nie "rozbudowana na wyrost potrzeba konsumpcji". Daje się odczuwać w tych "stanowojennych" opowiadaniach lekką nutę kombatancką, jakby stłumionej tęsknoty za "chłopakami z tamtych lat", godzinami przegadanymi przy kartkowej wódce i kłopotami wynikającymi z braku na rynku pasty do podłóg "Komfort", będącej składnikiem farby drukarskiej potrzebnej do edycji antypeerelowskich wydawnictw.

Jakimś wyjściem mogła być emigracja. I tego "miodu" popróbował bohater "Puent", którego w ostatniej części książki spotykamy w Nowym Jorku jako sprzedającego w sklepie Jakuba Jakubowicza. Za Wielką Wodą wszystko staje się względne: pozycja artystyczna, materialna, rodzinna. Pozostają wątpliwe radości z drobnych oszczędności i uciułania na podatki i, niestety, świadomość zbliżania się totalnej przegranej lub, najgorsza ze wszystkiego - pustka.

"Puenty" ukazały się nakładem własnym autora. Imponująca jest wiara, cóż że nie najmłodszego, ale w gruncie rzeczy debiutującego prozaika w siłę swojej literatury. Czy uda mu się przebić przez układowość krytyki, księgarskie lenistwo i czytelniczą nieufność? Oby. W osobie Grzegorza Eberhardta literatura polska zyskuje kolejnego pisarza, który dźwiga bogaty bagaż doświadczeń i ma coś rzeczywiście ważnego do powiedzenia. Nie mamy takich autorów wielu.

Boy bez brązu - artykuł Grzegorza Eberhardta Wysłane sobota, 3, kwietnia 2004

Boy był twórcą niewątpliwie ważnym dla moich rodziców (pokolenie z rocznika początków ubiegłego wieku) i było to widać po liczebności jego tytułów zapełniających półki biblioteki domowej. Mnie już nie fascynował. Ot, kilka felietonów przejrzanych w młodości, żadna dla nich pamięć, żaden zachwyt. Jego poglądy, rewolucyjne dla rodziców, dla mnie już współbrzmiały z poglądami - "rewolucjami", "rewelacjami" - głoszonymi oficjalnie i codziennie przez tuzy propagandy lat 60. ub. wieku (czas mojego dojrzewania).
Niedawno, mając lat 50 i kilka, absolutnie przypadkowo, w trakcie zapoznawania się z rocznikiem (1931 r.) "Wiadomości Literackich", przeczytałem jego felieton pt. "NASI OKUPANCI" (nr 50., z grudnia), i... doznałem szoku. Nie był to szok miły. Oto postać Boy’a, twórcy, jak rzekłem obojętnego mi, ale jakoś tam pozytywnie zsymbolizowanego w pamięci, ukazała mi się za prekursora... poprawności politycznej, a więc i np. relatywizmu.
Jak wykazało małe śledztwo jakie podjąłem w związku z jego tekstem, Boy okazał się także... małym kłamcą.
Ale po kolei!

Na początku była lektura eseju zatytułowanego "NASI OKUPANCI"
"Termin użyty w tytule nasunął mi się kiedy czytałem enuncjację ks. prymasa Hlonda. Istotnie, kiedy się czyta ten list w sprawie nowej ustawy małżeńskiej, przechodzący w gwałtowności swojej znane orędzie 25 biskupów, ma się wrażenie, że to mówi przedstawiciel postronnego mocarstwa (wytłuszczenia są mojego autorstwa - GE), rezydujący w naszym kraju, ale obcy, przemawiający tonem władcy. Mamy już w naszej historii takie smutne wspomnienia... (...)
A biskupi szaleją. Nie długo czekaliśmy na skutki konkordatu, owego niepoczytalnego konkordatu, dającego biskupom przywileje jakich nie mieli w Polsce nawet w średniowieczu, konkordatu, który czyni z nich wyłącznie przedstawicieli Rzymu, luźnie związanych z naszym społeczeństwem, czujących się ponad naszym prawem. (...)
I znów uderzyć musi ten twardy, nieludzki ton. Nic ich nie obchodzą cierpienia ludzi, demoralizacja, krzywda, zamęt prawny. Nigdy w tych orędziach nie zabrzmi nuta współczucia (...).
Tak więc o cokolwiek chodzi, o szkolnictwo, czy o kodeks karny czy wreszcie o nową ustawę małżeńską, wszędzie ci nowi wielmoże przeciwstawiają się jakiejkolwiek zbawczej i koniecznej reformie, wszędzie nieubłaganie ścigają własne »mocarstwowe« cele, obce społeczeństwu w którym żyją. Wiemy czym straszą i co biorą; ale co dają? Czym zamanifestowali swój udział, swoje istnienie w ciężkim okresie jaki przechodzimy? Kazania przeciw krótkim sukniom i krótkim włosom; msza na intencję bezrobotnych; zeszpecenie jednego z placów projektem brzydkiego pomnika, i - przede wszystkim - wyciskanie ostatniego grosza z biedoty na wszystkie sposoby. A grosz, który dostanie się do tego mieszka, już stracony jest dla obiegu!
A ich sposoby? Dość zajrzeć do pism i pisemek klerykalnych; miarę tego daje zresztą sama Katolicka Agencja Prasowa! Wstyd powiedzieć, ale wystarczy ujrzeć ten podpis "K.A.P.", aby mieć uczucie, że człowiek dotyka się czegoś oślizgłego, brzydkiego; aby wiedzieć, że "komunikat", sączony na całą Polskę jak ślina, zawiera potwarz lub kłamstwo, czelne, obliczone na najniższy poziom odbiorcy. Dam dobry przykład, sam w sobie malowany, ale charakterystyczny. Świeżo całą Polskę zalały komunikaty K.A.P. o tym, że marjawicki arcybiskup Kowalski entuzjazmuje się Boyem i tytułuje go w swoich artykułach »Kochany kolego«, "Ambo meliores, dwaj koledzy« - haftuje na ten temat parę tuzinów gazetek. W istocie zaś był w marjawickim »Głosie Prawdy« artykuł, ale nie za mną tylko przeciw mnie, nie przez arcybiskupa Kowalskiego tylko przez niepodpisanego autora, i nie autor artykułu mówi tam »kochany kolego« do mnie, tylko ja mówię »kochany kolego« w fikcyjnej rozmowie do fikcyjnego literata... Oto próbka »katolickiego" systemu prasowego. Ale jak to zorganizowane! Wystarczy zełgać w »centrali« w Warszawie, a już echa tego wracają z najdalszych zakątków Polski przez cały miesiąc. Warto się abonować w Informacji Prasowej Polskiej, aby studiować proces krążenia potwarzy.
Tak, organizacja znakomita. I na niej zasadza się siła tej prepotencji z jednej strony, z drugiej zaś na rozproszkowaniu, na bierności oświeceńszych żywiołów, na tchórzostwie prasy, ten nawet która uchodzi za wolnomyślną. Nasze dzienniki licytują się w przypochlebianiu klerowi; i one grają na ciemnotę mas.
Ale zdaje się, że tym razem biskupi przesolili (...) przebrała się miara buty i wichrzycielstwa prałatów i że, wobec ich destrukcyjnej działalności, nasi aż nazbyt cierpliwi kodyfikatorzy też musieli powiedzieć swoje "Non possumus". (...)".

A jednak to Boy przesolił
Za wiele było w jego tekście zaklęć, obelg ażebym w swym zapoznawaniu z Wiadomościami Literackimi mógł spokojnie przejść dalej. Od aluzji do czasów władztwa carskiego, poprzez "sfanatyzowanych biskupów, niepoczytalny konkordat", kler "czujący się ponad prawem; nieubłagany w prawach pieniężnych; nic ich nie obchodzi cierpienie ludzi". Poprzez pytanie "Co dają?". I odpowiedź w temacie "dawania"; "wyciskanie ostatniego grosza z biedoty". No i apel do czytelnika napisany w piknym języku powojennej(po II wojnie) nowomowy: przebrała się miara buty wichrzycielstwa prałatów.
Jedynym faktem wśród insynuacji, zapewnień, obelg jest historia związana z komunikatem KAP-u, czyli z pismem "Głos Prawdy".
...W Bibiotece Narodowej znajduję zbyt mało numerów interesującego mnie pisma, aby móc wysnuć jakieś wnioski. Na bogatszy zbiór natrafiam w Bibliotece Uniwersyteckiej. Ale także nie jest pełen, i - w rezultacie kwerendy - nie znajdę tekstu, do którego Boy odwołuje się bezpośrednio. Wszak wystarczy mi, poniżej omówionych, lektur by wydać wyrok: - Boy kłamie, twierdząc, iż pismo mariawickie nie lubi go. Ono go wręcz kocha, pożąda! Gdyby nie jego pisanie - jak widzę po przeczytaniu kilkunastu numerów pisma - "Głos Prawdy" nie miałby w ogóle o czym pisać!!!
I tak, w numerze z 22 X 31 r., znajduję artykuł pt.: "»Bronzownicy« p. Boya-Żeleńskiego", a w nim, m.in., wyznania - "P. Boy-Żeleński należy bezwątpienia do najznakomitszych pod względem pióra i charakteru literatów naszego stulecia. Jest to przedewszystkiem człowiek, który ma o d w a g ę (podkr. GP) mówić, pisać i odsłaniać p r a w d ę, którą nasze społeczeństwo znać powinno. Dawniej za odsłanianie prawdy politycznej lub religijnej, szło się pod topór katowski lub na stos. (...) Zasłużył się on też naszej Ojczyźnie jako odważny lekarz medycyny. Żaden z lekarzy, których u nas jest tysiące, nie podniósł głosu w obronie nieszczęsnych niewiast, wchodzących do gorszego niż Dantejskie "piekła kobiet" przez "nierozerwalność" więzów małżeńskich i przymusowe zachodzenie w ciążę. On jeden odważył się podnieść śmiało swój ważki głos, wiedząc dobrze, że zostanie zaatakowany przez potężny jeszcze u nas kler a nawet sądownictwo. Nie uląkł się jednak i stoczył walną bitwę, której rezultatem realnym jest częściowe skasowanie odnośnego niedorzecznego artykułu prawa i otworzenie w tych dniach w Warszawie pierwszej poradni lekarskiej do unikania zajść w ciążę. To jest wielki pomnik, postawiony p. Boyowi-Żeleńskiemu, to jest lepsza nagroda niż Nobla, o którą się ubiegają inni literaci".
Potem przechodzi pismo do właściwej recenzji: "(...) I oto bronzują nam Towiańskiego, Mickiewicza, Krasińskiego a nawet Słowackiego, jako gorliwych wyznawców papiestwa pomimo wciąż brzmiących w ich uszach tych słów Słowackiego: "Polska, twa zguba w Rzymie". Bo i jakżeby być mogło inaczej? Wszak, według nich Polak to katolik, papista; skoro tedy wielcy ci wieszcze byli Polakami w całem tego słowa znaczeniu, to tem samem, musieli być par excellence i papistami. (...)".
Wrogiem nr 1 "Głosu Prawdy" jest Rzym, to pewne. Bohaterem natomiast na pewno Towiański. I jedynie za opisanie tej postacie mają cichutki żal do Boya. Po prostu, wypadek przy pracy tak świetnego krytyka; zbytnio zaufał pamiętnikom Zofji Szymanowskiej, która oskarża towiańszczyków. Wedle GP - cały "»Pamiętnik« był napisany na obstalunek księży"!
Serial poświęcony wielkości Boya trwa przez kilka następnych numerów pisma. Chwalony jest także Marcin Luter, "który widząc powszechną rozpustę wśród kleru świeckiego i zakonnego, sam pierwszy zawarł związki małżeńskie z zakonnicą i dał przykład doniosłej reformy w Kościele. (...)". Jest o poligamii, jest o przymusach małżeńskich, jest i o zaletach kapłaństwa kobiet...
Te, w sumie, cienkie pisemko, w kilku kolejnych numerach, swą jedną czwartą objętości przeznacza wychwalaniu Boya, czasami przyznają mu i połowę numeru. Pieką - to oczywiste - przy nim własną pieczeń, ale jest on do tego, dla nich, idealny! Po prostu - ma te same poglądy i są po tej samej stronie barykady. Różnią się jedynie w akcentach.
Serial przeznaczony Boyowi, wygotowany pod pretekstem bronzownictwa, puentuje się oświadczeniem: "Nie chcieliśmy też tą naszą obroną p. Boyowi Żeleńskiemu przykrości wyrządzić. Bardzo kochamy go i cenimy (...)". No, właśnie!
Uparcie przeglądam wszystkie istniejące w Bibliotece numery "Głosu Prawdy"... Bez Boya nie mogą długo wytrzymać. 49. numer, z 17.12.31 r., otwiera artykuł niepodpisanego autorstwa, a mocno wspierający się cytatami z eseju p. Boya. Tytuł tekstu "Radio w agitacji przeciwrządowej".
Redakcja nie kryje oburzenia z powodu: radio atakuje władzę, wytyka bezbożność projektu Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Małżeńskiego, przepowiada ruinę wszelkich spoideł życia rodzinnego i społecznego... A przecież prawda jest taka, według "Głosu Prawdy", iż "śluby cywilne i rozwody cywilne pozbawiają kler olbrzymich dochodów". Itd., itp. A na koniec rzucają obszerny cytat z Boya (W.L. "Drugi list biskupi"), który właśnie sporo rozpisuje się o kosztach rozwodu kościelnego (m.in.).

Niewątpliwą sensacją jest, iż
nr 50 z 20 grudnia 1931 r. "Głosu Prawdy" zawiera, na tzw. czołówce c a ł y felieton Boya "NASI OKUPANCI". A więc, teksty te r ó w n o c z e ś n i e ukazały się w Wiadomościach Literackich (także był to nr 50. z 1931 roku) oraz w "Głosie Prawdy"!!!
W każdym razie; aczkolwiek nie znalazłem tekstu (jak mówiłem - w żadnej z Bibliotek nie natrafiłem na komplet pisma), do którego bezpośrednio nawiązywał Boy, zarzucając Katolickiej Agencji Prasowej kłamstwo, ustaliłem za pewnik, iż "Głos Prawdy" entuzjazmuje się Boyem. Miłością tą haftuje prawie każdy swój numer, a poznając tych numerów kilkanaście - zyskałem pewność, iż ani przez chwilę nie są przeciw jego twórczości, poglądom.

REASUMUJĄC: Katolicka Agencja Prasowa nie kłamała. Kłamał Boy. A dodatkowym okazaniem jego kłamstwa jest f a k t druku tegoż to tekstu równocześnie w piśmie-matce oraz w piśmie, które rzekomo z nim walczy!

PS. Tytuł eseju Boya, owi NASI OKUPANCI przeszedł do powszechnego użytku jako hasło równoznaczne z "czarnymi", klerem. Termin, w oczywisty sposób, pejoratywny. Ja też zapamiętam go pejoratywnie. W związku z Boyem, to oczywiste!

Grzegorz Eberhardt