Wywiady z cyklu "Brudnopis Polski - czyli 24 lata z życia Salonu 101"- powstały z inspiracji Kasi Kazimierowskiej, Wojciecha Przybylskiego (ResPublicaNowa) oraz osób związanych z codzienością życia na Saskiej 101. W rozmowach i wywiadach zapisane są wątki osobiste, obyczajowe, rodzajowe i anegdoty, które miały mieć wpływ na wiele osób, idei i inicjatyw społecznych, politycznych i artystycznych w Polsce lat 1984 – 2008.
Z Marcinem Brykczyńskim - wywiad przeprowadziła w październiku 2008, Irena WiszniewskaJak w Weselu Wajdy
Na Saskiej dwa wieczory, w roku 1998 i 1999, poświęcono limerykom. Czy to pan je zainicjował ?
W życiu Salonu ważne miejsce zajmowała literatura. Limeryki były więc jak najbardziej po drodze. Moda na nie przyszła z Krakowa, gdzie bawiła się nimi grupa entuzjastów z Noblistką na czele. Później zajęła się nimi Joanna Szczęsna. Kto przyniósł pomysł na Saską, nie pamiętam. Być może sam przyczyniłem się do tego. Jako wielbiciel limeryków, przy lada okazji mowiłem jakieś z pamięci, albo czytałem. Piszę je od tak dawna, że samych limeryków do imion napisałem około osiemdziesięciu. Przeważnie dla konkretnych osób, jak ten dla gospodyni Salonu101:
Małgorzatę cnotliwą nad Łabą
Zdybał Faust, bo broniła się słabo.
Tę upadłą kobietę
Podniósł w dziele swym Goethe,
Który wcześniej z niejedną padł babą.
Limeryki piszę w dosyć specyficzny sposób, bo wszystkie mają jeden rytm. Nabawiłem się tej przypadłości układając limeryki dla dzieci do kolejnych liter alfabetu. Złożyły się one na serię, drukowaną w latach 1993-1994 w tygodniku Pentliczek. Pisząc wiersze dla dzieci, na ogół dba się o to, by miały prostą melodię i równy rytm, co ma ułatwić młodemu czytelnikowi lekturę i zapamiętanie tekstu. Tak złapałem ten rytm i od tej pory wszystkie limeryki piszę w ten sam sposób.
Czy pana limeryki natrafiły w Salonie na podatny grunt?
Czytaliśmy je na przemian z panem Jackiem Urbańskim Nie wyszło to jakoś porażająco, z bardzo prostego powodu. Limeryk jest formą drobną, powinien być jak rodzynek w cieście. O ile pamiętam, myśmy próbowali serwować same rodzynki. Trochę zabrakło ciasta. Teraz już wiem, że słuchacze wytrzymają maksimum dziesięć utworów tego samego typu pod rząd. Potem dosyć szybko występuje zmęczenie, które nie tyle widać, co słychać. Gdy zaczyna się szmer na sali trzeba coś zrobić… wyjść, rozbić wazon.
Małgorzata to wyczuwała, tę potrzebę – były jakieś przerywniki, przekomarzania. Niemniej ja zrozumiałem, że samymi limerykami ludziom się nie dogodzi.
Miał pan też w Salonie dwa wieczory autorskie. Czy wtedy obyło się bez zgrzytów?
Dobrze pamiętam jeden z wieczorów, który od początku do końca odbył się według mojego scenariusza. Czytałem utwory trochę autobiograficzne, kabaretowe w duchu. Zacząłem od wiersza Moja mała autobiografia, w którym wyznaję, że jestem dosyć bezwolny, ponieważ robię ciągle to, czego oczekują inni. Osią wieczoru był utwór Ja, anioł upadły, który zaczyna się tak:
„Wszystko jest we mnie, co świat mieści,
W drodze od Alfy, do Omegi,
We mnie są wszystkie świata treści,
Co wypełniają go po brzegi:
We mnie jest Bóg i we mnie Diabeł,
We mnie wiruje gwiezdne mrowie,
We mnie wąż skusił jabłkiem Ewę,
By ze mną zjadła po połowie.”
Cały tekst jest o tym, że ja, ten anioł upadły, chciałem być wszystkim. A kończy się w ten sposób:
„We mnie jaśnieje Bóg na niebie
I we mnie prawdy Swojej łaknie,
Lecz gdzie JA jestem, tego nie wiem,
Bo we mnie dla MNIE miejsca braknie.”
Taka jest konsekwencja pragnienia bycia wszystkim. Temat w innym ujęciu powracał w wierszu Alternatywa, w którym we śnie uwalniam się od tych dusznych zmagań, ale za cenę stania się małpą. W momencie, gdy mówiłem: „Teraz kończę, dziś mam przydział na banana”, do sali weszły dwie osoby z koszami pełnymi bananów i zaczęły je rozdawać. Ta puenta spowodowała ogromne rozbawienie. Potem za sprawą Małgosi mój wiersz Ja, anioł upadły ukazał się w piśmie satyrycznym Grizzly obok tekstu świętej pamięci ojca Bocheńskiego, filozofa i niezwykłego człowieka. To, że nasze utwory sąsiadowały ze sobą sprawiło mi wielką przyjemność.
Lubi pan i uprawia zabawy słowem. W czym one mają swoje źródło?
Wychowałem się na Kabarecie Starszych Panów. Chodziłem do liceum, gdy pokazywano go w telewizji. Po latach miałem przyjemność poznać Jeremiego Przyborę, który bardzo chwalił mój Alfabet Limeryków dla dzieci. Dostalem od Niego rewelacyjny, „brakujący“limeryk na literę X, opatrzony miłą dedykacją. Na moją skłonność do zabawy słowem ogromny wpływ miała też atmosfera domu rodzinnego. Mieszkaliśmy na Śląsku dokąd rodziców rzuciło po wojnie. Miałem liczną rodzinę. Zajmowaliśmy duży dom. Często był pełen gości. Mieszkali z nami rodzice matki. Mój dziadek, który urodził się w 1881 roku, wygłaszał z pamięci bardzo długie poematy, pisał też piękne wiersze okolicznościowe. Mówił mi: - Pamiętaj, wszystkie improwizacje są starannie przygotowane. Dziadek umarł w 1969 roku. Jeszcze zdążyłem z nim w szachy pograć. W latach pięćdziesiątych nie mieliśmy jeszcze pianina, o telewizorze mowy nie było, a jedyne radio to był stary grat poniemiecki, na którym wśród potwornych trzasków i wycia słuchało się Wolnej Europy. Wieczorami cała rodzina zasiadała za ogromnym stołem i bawiła się w pisanie wierszyków do zadanych rymów. W ciągu jednego posiedzenia powstawało wiele utworów, wprawdzie do tych samych rymów, ale całkowicie odmiennych, tym bardziej, że często te same słowa, zależnie od kontekstu, mają inny sens. Ciekawsze, choć trudniejsze dla dzieci było pisanie na zadane tematy. Pamiętam jeden wierszyk, który popełniłem już jako trochę starszy 12 czy 13 letni chłopiec, do tematu „skojarzenie”. „Skojarzyć mi kazano/I kram z tym wielki mam/Bo czasem tak się zdarzy/Nie wiem jak wam/Z chusteczką się skojarzy/Skłonność do dam. To nawiązuje do znanego kawału wojskowego, w którym poborowy spytany, z czym mu się kojarzy chusteczka, odpowiada, że z dupą. Bo wszystko tak mu się kojarzy. Wśród „dorosłych“ słuchaczy zapanowała konsternacja. W końcu, zgodnie z tradycyjnie rozumianą hierarchią rodzinną, byłem jeszcze dzieckiem.
Powiedział pan, że dziadek był człowiekiem „łagodnie mówiąc, zamożnym”…
U mnie w salonie wisi sztych Napoleona Ordy, ze znanej serii, przedstawiający dom, pod Winnicą, na Podolu, w którym urodziła się moja matka. Dziadek został wyzwolony przez rewolucję rosyjską prawie ze wszystkiego, co posiadał. W jego kręgu kulturowym nie tylko pieniądze były ważne, choć one dawały możliwości. Obowiązywał pewien kanon wykształcenia, który obejmował grę na fortepianie, umiejętności rysowania i pisania. Uczono pisania listów, dedykacji, różnego rodzaju wpisów okolicznościowych. Każdy był na tyle wykształcony, że umiał coś narysować – stąd te szkice, które robili podróżnicy. Niektórzy mieli większy talent inni mniejszy, ale wychodzono z założenia, że niezależnie od zdolności wszystkich można wyuczyć niezbędnych podstaw. Akurat rodzina mojej matki, o której tu mówimy, jest wszechstronnie utalentowana. Przewijają się w niej talenty plastyczne i literackie. Pewnie dlatego piszę, tak jak w ten lub inny sposób robią to moi bracia. Jeden z nich układał nawet kiedyś zabawne teksty piosenek dla zespołu gitarowego, który założył z kuzynem i dwoma kolegami.
Czy coś z tej atmosfery, znanej z domu, odnalazł pan na Saskiej?
Trochę. W salonie rodzinnym też wyznaczaliśmy sobie tematy na następny dzień – dziś bawimy się w to, jutro w tamto. Na Saskiej wystąpienia były przygotowywane, wieczory też poświęcano zawsze jakiemuś tematowi. Nie przypominam sobie jednak fajerwerków spontanicznej twórczości. Było za to co innego. Czasami przychodziłem na spotkanie z jakimś swoim tekstem, mówiłem o tym Małgosi a ona anonsowała: - Marcin chce przeczytać wiersz. Czyli nie trzymano się ściśle programu. Na tym między innymi zasadza się dobry salon – daje margines swobody na nieoczekiwane, a ciekawe wydarzenia.
Jakie wymogi powinien spełniać „dobry salon”?
Salon to ludzie, nie sprzęty. Jego osią jest osoba prowadząca, od której szalenie dużo zależy. To musi być ktoś, kto ma charyzmę, kto w jakiś sposób zogniskuje cały wieczór, zadba o to, żeby każdy czuł się doceniony, żeby nie siedział w kącie. Ta osoba musi przez cały czas pozostawać w ruchu, by nie dopuścić do spadku napięcia. Gdy napięcie zaczyna spadać, gdy robi się cicho i smętnie, powinna coś zainicjować, czymś rozbawić.
Druga rzecz niesłychanie istotna to dobór ludzi. Zapraszając z żoną kogoś na kolację, zawsze rozważamy kogo dobrać do naszego gościa. Tego typu myślenie nie jest niczym wyjątkowym. Sztuką jest unikać sytuacji konfliktowych, choć bywa, że dąży się świadomie do wywołania spięcia. To również należy robić umiejętnie. Jeżeli zaprosi się dwóch autorów o niesłychanie wybujałym ego, którzy tylko myślą tylko o tym, jak siebie pokazać, nie wyniknie z tego nic łatwego w odbiorze. Trzeba tak dobrać ludzi, żeby to zagrało. To wiele wymaga od osoby prowadzącej – ona musi mieć do tego talent. Niektóre salony są wieczne. Pisze się o nich i pamięta ze względu na osobę: gospodynię, czy gospodarza, którzy nadawali ton. Małgosia robiła moim zdaniem znakomitą robotę, ściągając ludzi, którzy powinni się poznać. Miałem takiego wuja, brata mamy, który po wojnie osiadł w Londynie. Należał jeszcze do starej szkoły. On też zapraszał ludzi na takiej zasadzie, że powinni się poznać, ponieważ dążą do tego samego – zajmują się podobnym tematem. Dlaczego mają coś tam ścibolić każdy osobno, jeżeli z ich spotkania może coś wyniknąć. Wuj mówił; - Ważne, żeby poznawać ze sobą osoby, które powinny się poznać. To jest rodzaj misji, którą realizuje się właśnie poprzez salon.
To są działania bezinteresowne, prawda?
Niczego nie robi się bezinteresownie. Dobre uczynki też są interesowne, ponieważ mają na celu własną satysfakcję. Pozostaje kwestia jej zdefiniowania, ponieważ różni ludzie czerpią satysfakcję z różnych rzeczy. Jaki jest interes osoby prowadzącej salon? Wieloraki. To chyba Tuwim powiedział, że jak mu się uda coś ładnego napisać, to ma ochotę się oblizać. Człowiek ma potrzebę bycia twórczym. W końcu jedynym tak naprawdę niezaprzeczalnym sensem życia jest biologiczna reprodukcja. Niektórym wystarcza mieć dzieci i dobrze je wychować. W tej dziedzinie zresztą Małgorzata nie ma sobie nic do zarzucenia. Generalnie rzecz biorąc, ludzie mają tendencję do robienia czegoś, co uzasadnia ich istnienie na tym świecie, usprawiedliwia fakt oddychania, jedzenia. Potrzeba bycia twórczy jest niesłychanie silna. Ja akurat miałem z tym do czynienia w sposób wyjątkowy, ponieważ przez kilkanaście lat, w latach siedemdziesiątych, zajmowałem się sztuką nieprofesjonalną. Pracowałem w kolekcji Ludwika Zimmerera, dziennikarza zachodnioniemieckiego, który założył rodzaj prywatnego muzeum. Zebrał ogromną kolekcję. Pomagałem mu gromadzić dzieła ludzi bez wykształcenia, tworzących z własnej, głębokiej potrzeby. Ludzi biednych, w ograniczony sposób komunikujących się ze światem. Niejeden z nich brał siekierę, ciupał nią w jakimś pniaku, potem malował byle jaką farbą i wychodziło z tego coś genialnego. Tacy ludzie tworzą z ogromnej wewnętrznej potrzeby zaznaczenia swojej obecności na tym świecie, uzasadnienia jej. Bywa, że dochodzą do tego jeszcze inne pobudki, przede wszystkim chęć pokazania siebie. W kieleckiem jedna kobieta malowała obrazy w formacie plakatów. Cała wieś się z niej wyśmiewała, że jest jakaś dziwna, nawiedzona. Ona narzekała na wysokie ciśnienie, skarżyła się, że nie może się schylać i nie daje rady obrobić swego pola. I co się stało? Gdy zyskała rozgłos i trochę pieniędzy ze sprzedaży prac, dokupiła drugie tyle ziemi. To był jedyny sposób, żeby pokazać sąsiadom, że odniosła sukces. Czyli potrzebujemy sukcesu, poklasku, uznania.
Czy to była główna motywacja Małgorzaty?
Nie sądzę. Myślę, że powodowała nią potrzeba pewnego rodzaju twórczości. Bo zorganizowanie dobrego salonu, jest rodzajem twórczości. Człowiek zostawia po sobie dzieło, ślad, który promieniuje. Tym bardziej, że inicjowanie ciekawych spotkań dla ludzi twórczych iskrzy dalej. Miara sukcesu jest tutaj trudna, bo to często idzie dalej swoimi ścieżkami.
Małgorzata była zawsze głodna działania twórczego, które jednocześnie łączy i inicjuje. Być może pewną rolę odgrywał tu jej duch dziennikarski, gdyż dziennikarz z założenia choruje na ciekawość świata. Mój wuj z Londynu, ten który lubił i umiał przyjmować, też parał się tym zawodem.
Jakie inne wymogi powinien spełniać salon, by odnieść sukces?
Następną obowiązkową rzeczą jest odpowiedni dobór tematów, co może wydawać się banalne przy odpowiednim doborze ludzi, ale nie dzieje się automatycznie. Po trzecie przestrzeń musi być dopasowana do zamierzeń, ponieważ wpływa na atmosferę. Dom na Saskiej spełniał tę rolę znakomicie – cudowny ogród, duża kuchnia no i te pokoje, w których człowiek troszkę się gubił. Istotą takich ciekawych spotkań jest to, że ludzie w pewnym momencie rozpełzają się, dzielą się na małe grupki, niezależne od głównego nurtu spotkania. To też jest ważne i powoduje, że iskrzy.
Czy w Salonie dla pana coś zaiskrzyło?
Poznałem tam kilka osób, które nadal spotykam. Przeprowadziłem też wiele interesujących rozmów. O czym? To nie jest teraz istotne. Te wszystkie salonowe wieczory gdzieś się łączą, zlewają. Pozostają wrażenia. Dokładnie pamiętam słowa tylko wtedy, gdy ktoś powie coś wyjątkowego, zabłyśnie nieoczekiwaną puentą. Kiedyś siedzieliśmy w saunie mojego przyjaciela Mirka Dudy, który zresztą też bywał w Salonie. Towarzystwo było mieszane, w strojach organizacyjnych, więc rozmowa zeszła na temat nagości, przyzwoitości, różnic kulturowych. Padały różne mądre sformułowania. Dyskusję zamknął gospodarz mówiąc: -Jedyna naprawdę nieprzyzwoita część ciała to głowa idioty! Tę wypowiedź zapamiętałem. Ale taka perełka nieczęsto się zdarza w rozmowach salonowych, gdzie panuje rozgardiasz – tu powiesz parę słów, tam parę. Obraztego świetnie oddał Wajda w Weselu. Ta muzyka, ten gwar i te wyłaniające się z nicości twarze. Ktoś się pojawia, ktoś znika, jakby powietrze falowało. Ten film znakomicie przedstawia tego typu spotkania, gdzie dużo się dzieje, a ogólna atmosfera jest bardziej istotna od poszczególnych słow. Są ludzie, którzy chłoną taką atmosferę, którzy jej potrzebują. Ja nie tak bardzo. Wolę spotkania w cztery oczy, w niewielkim gronie, które funkcjonują na zasadzie ping ponga.
Jakim trzeba było być człowiekiem, żeby trafić do Salonu?
Nietuzinkowym. Do Salonu przychodzili ludzie dwojakiego rodzaju. Tacy, którzy interesowali się sztuką, czy literaturą na tyle, żeby chcieć posłuchać, co inni mają na ten temat do powiedzenia. I ludzie twórczy, którzy sami coś robili – malowali, pisali, mieli niezwykłe pomysły. W Salonie Małgorzaty procent ludzi, którzy uprawiali jakąś dziedzinę sztuki był wysoki.
Czy to nie było tak, że na Saskiej bywali głównie ludzie uprzywilejowani, którzy tak jak pan pochodzili z dobrych domów?
Najpierw należałoby ustalić, co to jest dobry dom. Czy nie może to być dobra chałupa? Czy stara chłopka, malująca fantastyczne obrazy na tekturze i płytach pilśniowych, jest panią, czy „tylko“ kobietą, jak określiła ją pewna moja ciotka, kiedy zwierzyłem się jej z planu odwiedzenia niezwykle ciekawej, nieprofesjonalnej malarki. Gdybym w tej chwili miał dać definicję dobrego domu, powiedziałbym, że to dom, z którego wychodzą ludzie ciekawi świata, tacy którzy chcą coś zrobić, którzy nie są stłamszeni przez wychowanie. Tacy, którzy mają przeświadczenie, że mogą być źródłem światła, a nie tylko je odbijać.