Wywiady z cyklu Brudnopis Polski - czyli 24 lata z życia Salonu 101- powstały z inspiracji Kasi Kazimierowskiej, Wojciecha Przybylskiego (ResPublicaNowa) oraz osób związanych z codzienością życia na Saskiej 101. W rozmowach i wywiadach zapisane sa wątki osobiste, obyczajowe, rodzajowe i anegdoty, które miały mieć wpływ na wiele osób, idei i inicjatyw społecznych, politycznych i artystycznych w Polsce lat 1984 – 2008.
Na pewnym etapie twórczości rysowałaś kobiety z zasłoniętymi oczami. Dlaczego?
Gdy nie widzisz, lepiej słyszysz samą siebie. Miałam wtedy dużo rzeczy do przemyślenia i zrobiłam taką serię „Myśli serca z zamkniętymi oczami”. Przedtem moje obrazy były bardziej abstrakcyjne, miały więcej linii niż figur. W Salonie 101 pokazałam je podczas wystawy zbiorowej, w której uczestniczyłam razem z taką parą z Ukrainy czy Białorusi, nie pamiętam i Linasem Domarackasem. Zatytuowaliśmy ją „Serca emigrantów”. Bo wszyscy byliśmy emigrantami.
Na Saską trafiłaś właśnie dzięki obrazom…
Wprowadził mnie Włodek Wieliczkowski, z pochodzenia Ukrainiec, malarz i kręgarz. Gdy dowiedział się, że maluję, uznał, że muszę koniecznie poznać Małgorzatę Bocheńską. Dzwonię do niej i pytam, czy mogę przyjechać pokazać swoje prace. – Dobrze – odpowiada – ale będziesz miała tylko pół godziny. Byłam wtedy od dwóch lat w Polsce, mieszkałam w Gliwicach. Pierwszy raz przyjechałam do Warszawy. Zima, zimno. Stoję przed drzwiami na Saskiej, otwiera. Patrzymy na siebie. Z tyłu gra jazz. Miałam wrażenie… sama nie wiem… że znamy się. Ona też dziwnie na mnie popatrzyła. – Wejdź, pokaż, co masz. Jej dzieci przygotowywały mieszkanie na wieczór. Wszyscy przerwali zajęcia, żeby obejrzeć moje prace. I Margo mówi – Jak chcesz, to możesz zostać. To był piątek, dzień salonu. Dobrze, myślę, najwyżej wrócę nocnym pociągiem. O 12 zaczęłam zbierać się do wyjścia. A Margo na to: – Gdzie ty chcesz jechać? Zostajesz! Jutro pojedziesz. I tak zostałam trzy dni.
Wrażenie takie, jakbym była w środku książki albo filmu. Dużo ciekawych ludzi, interesujące rozmowy. O czym, nie pamiętam. Byłam zbyt przejęta atmosferą. Trochę czułam się zagubiona. Jak byłam nastolatką marzyłam, żeby w moim domu czytano poezję, żeby muzycy grali swoje utwory, żeby rodziły się tam nowe prądy i idee. W Saskiej zobaczyłam na własne oczy, że salon to coś więcej niż dziewiętnastowieczna tradycja, że ta tradycja nadal jest żywa, że to możliwe.
Potem zaczęłam regularnie przyjeżdżać do Margo z Gliwic. Mieszkałam i spałam u niej przez parę dni. Tylko ją znałam w Warszawie, i bywalców Salonu.
Bardzo. W zasadzie przez pięć lat byłam w depresji. Przyjechałam z Armenii w 1994 roku, gdy miałam 23 lata. Nie znałam języka, kultury, no i dorobiłam się kompleksu emigranta. Przez to, że ciągle dawano mi odczuć, że jestem emigrantem, sama zaczęłam się izolować. Zamykać.
Jakbyś zobaczyła jakieś zwierzątko… Nie wiesz, co to jest. Wydaje się, że taki sam człowiek, ale nie taki sam, bo przyjechał z jakiegoś miejsca, którego nie znasz. Tylko w Salonie było inaczej. Owszem, ludzie byli ciekawi skąd jestem, kim jestem ale nie czułam się wyodrębniona, bo tam przychodziło dużo obcokrajowców. Sama Margo jest bardzo kosmopolityczna. A kiedy wróciłam do Armenii…
Ja, nie chciałam wyjeżdżać! W1992 w czasie wojny z Azerbajdżanem o Górny Krabach, zostaliśmy na całą zimę bez światła, bez wody. Wtedy mama postanowiła, że tak dalej nie może być. Ona była tym motorem wyjazdu i pociągnęła mnie za sobą.
Gdy w 1999 wylądowałam w Erewaniu, odżyłam. Podjęłam studia, pozbierałam zaległe oceny i w pół roku zaliczyłam cztery lata. Zrobiłam dyplom, zostałam stylistką. Potem wygrałam konkurs na najlepszą kolekcję, za inną dostałam Grand Prix. Projektowałam też kostiumy teatralne. To były najszczęśliwsze lata mego życia
Moje dobre samopoczucie nie brało się z niczego. Zdawałam sobie sprawę, że w porównaniu z moimi przyjaciółmi jestem w komfortowej sytuacji. Miałam dokumenty uprawniające do mieszkania w europejskim kraju, więc w każdej chwili mogłam Armenię opuścić. To dawało mi poczucie wolności, Nie chciałam go stracić. Wróciłam do Polski, żeby zachowaćprawo pobytu, swobodę poruszania się po świecie.
Znowu miałam zamieszkać z mamą. Postawiłam jednak jeden warunek – miałyśmy się przenieść do Warszawy. Żeby być bliżej Margo.
Jedna znajoma pani zaproponowała, że nam odda swoje trzypokojowe puste mieszkanie. Mama z Gliwic, ja z Armenii przyjechaliśmy z całym dobytkiem. A ta pani zmieniła zdanie i zostałyśmy na ulicy. Więc spytaliśmy Margo, czy możemy u niej pomieszkać, zanim czegoś nie znajdziemy. Margot powiedziała tak, oczywiście. Tylko uprzedziła, że co piątek, Żydzi u niej się zbierają na szabas. No i fajnie. W pierwszy piątek pomagałam przygotować koszerne jedzenie, traktowali mnie jak swoją. A potem… Opowiedziałam Małgosi taki kawał, który zresztą usłyszałam w Polsce. Co się dzieje, gdy Ormianin otwiera sklep obok Żyda? To Żyd musi przenieść się do innej dzielnicy, żeby nie zbankrutować. I hi hi hi i cha cha cha.
A tymczasem co się stało? Tylko wprowadziłyśmy się, a żydowska wspólnota zabrała swoje garnki i się wyprowadziła. Oczywiście przez przypadek, w tym samym czasie znaleźli inne, już własne pomieszczenie… Ale Margo śmiała się, że Żydzi musieli ustąpić miejsca pierwszym chrześcijanom.
Cudnie. Przez dwa miesiące spałyśmy w tym pokoju, który wychodzi na taras, łóżko stało za parawanem. Człowiek czuł się niesamowicie w tych ścianach, które widziały tyle różnych historii. Czytałyśmy, siadywałyśmy w ogrodzie, gdzie cytując Margo „deser spadał z nieba”.
Morele. Nad stołem rosło drzewo morelowe. Gdy przyjechała z Grecji moja ciocia, zjadłyśmy tam obiad. -A teraz deser - powiedziała Margo, potrząsnęła drzewem, morele pospadały i zasłały cały stół jak serwetą.
Wchodząc na Saską, jakbyś wchodziła w jakiś inny wymiar, niematerialny. Tam wszystko składało się z materii, ale atmosfera była inna. Szczególnie mocno czuło się to w Warszawie, zabieganym, zestresowanym mieście, gdzie ludzie walczą o pieniądze. A w tym domu… to wszystko znikało, bo na pierwszy plan wychodziły inne ważniejsze sprawy. Kwestie duchowe, etyczne… Tam rozmawiało się językiem poezji. Czasami miałaś wrażenie, że jesteś jak ślepiec, który dotykiem próbuje wyczuć pajęczynę. Czas płynął nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie.
Ludzie innej konstrukcji psychicznej, wchodząc na Saską, też wpadali w ten trzeci wymiar. Może wychodząc, znów stawali się tacy, jak przedtem. Tam człowiek wydobywał z siebie... Każdy ma w sobie coś szczególnego. I w tym domu to „coś” w nim się otwierało.
Nie tyle Salon, co osobowość Margo. Dla mnie, cudzoziemki, wiele spraw było niezrozumiałych, bo należały do innej kultury. Pytałam ją, a ona mi wyjaśniała. Z rozmów z nią dużo wyniosłam. Salon pomagał mi integrować się, nie pozostawać wyłącznie w środowisku emigrantów. To, co mnie rozwijało i pchało do przodu to konfrontacja z czymś nowym, czego nie znam,
Jak myślisz, dlaczego Małgorzata przez tyle lat prowadziła Salon?
Miała taką potrzebę, potrzebować żeby duchowość nie zniknęła na amen. Może sama się dusiła, jej samej powietrza nie starczało… Dlatego stworzyła taki organizm, taką atmosferę… Nie to, że stworzyła. Ona jest tym, co zrobiła. Rozszerzyła się i zmaterializowała dom. Czasami miałam wrażenie, że… Jeżeli brać pod uwagę parametry człowieczeństwa, to można ludzi podzielić na dobrych i złych. W stosunku do Margo te określenia nie funkcjonują. Trudno powiedzieć czy ona jest dobra, czy zła. Jest paniatnaja albo niepaniatnaja.
Ludzie często nie rozumieli jej intencji. Zastanawiali się, co pod tym się kryje. Po co ona ma ten Salon. Może zarabia olbrzymie pieniądze? A to na odwrót… Byli tacy, którzy chcieli ją wykorzystać, z domu znikały różne rzeczy. Ale ona nie przywiązuje wagi do rzeczy. Może podarować swój fortepian. Albo zdjąć ze ściany i oddać rysunek, który komuś się spodobał. Chcesz, bierz, tylko nie zazdrość. Dałam jej w prezenciemój obraz. Przyjeżdżam i go nie widzę. A gdzie on jest? Odwiedził ją ktoś z Australii i tak się nim zachwycił, że mu go sprezentowała. I pojechał do Australii.
Ten obraz był jej. Ja go oddałam. Przykro może być tylko wtedy, kiedy nie do końca godzisz się ze swoją decyzją. Jestem pewna, że emocje związane z tymi przedmiotami, które Margo oddała w niej zostały. A one same poszły w świat dalej robić swoje dobro. I właśnie przez to Margo jakby się rozszerza.
W 2007 ponownie zdecydowałaś się zmienić kraj i wyjechałaś do Hiszpanii…
Tak, bo już nie wytrzymywałam. I zazdrości i rodzaju stosunków międzyludzkich, jakie tu panują. Bardzo mi było ciężko. Przepraszam Polaków, ale Polska to naprawdę nietolerancyjny kraj.
Ja to próbowałam wymazać…
W pamięci mam takie flesze. Pamiętam dobrze, kiedy poszliśmy Salonem do Art Cafe na Puławskiej i tam śpiewała Julia Prus, córka Łucji. Zaczęła śpiewać, a tu nagle odpowiedziała jej dziewczyna ze stolika obok, też śpiewem. I tak konwersowały, to jedna to druga, jak w jakimś pojedynku. Kiedyś dla odmiany był Salon, gdy przyszliśmy ubrani jak na bal, to było chyba w jakimś hotelu… W czasie jednego z Salonów poskarżyłam się Lechowi Robakiewiczowi, który ma prawie dwa metry wzrostu, że to niesprawiedliwe, że on widzi świat z tak wysoka, a ja nie. Wziął mnie wtedy na barana i nosił po całym mieszkaniu, żebym zobaczyła jak wygląda dom z tej perspektywy.
Masz w Polsce innych przyjaciół niż Małgorzata?
Emigrantów z byłego ZSSR. Ja przyjaźń pojmuję po ormiańsku. Jak akceptuję człowieka, to go dopuszczam głęboko w siebie. I Margo też. Jak kogoś lubi, pozwala siebie złapać. To podświadomie się dzieje. Jest mi bliska, jest jak rodzina. Ona nie uznaje pojęcia obcy, inna nacja. Jest ciekawa. Słucha, próbuje wnioski wyciągnąć i nie boi się ludzi, nie wierzy że mogą jej krzywdę zrobić. Może dlatego, że nie ma nic do stracenia. Nie zależy jej na rzeczach materialnych. A ma o wiele więcej niż się wydaje, bo ma kwintesencję ludzkich myśli i emocji.
Bo ja ją bardzo, bardzo kocham. Przez to że w Warszawie jest Margo, akceptuję Polaków. Ona pomogła mi zrozumieć polską mentalność, bo sama nie akceptuje wielu rzeczy. Jeżeli przyjmiemy, że każdy naród ma jakąś lekcję do odrobienia, to Polacy muszą nauczyć się biezkorycznosti. Jak to będzie po polsku? Bezinteresowność? Muszą nauczyć się kochać, nie oczekując niczego w zamian.
Mieszkasz w Barcelonie, prowadzisz inne życie. Jak z dzisiejszej perspektywy oceniasz Salon?
To istotna część mnie samej. Oaza, którą miałam w sobie. Gdyby go nie było w moim życiu, gdy mieszkałam w Polsce, chyba bym umarła.
Bywałaś od tamtej pory w jakichś innych salonach?
W Barcelonie zaproszono mnie na spotkanie, które przypominało mi Salon Margo. Do tego domu też przychodzi dużo obcokrajowców, zresztą wprowadził mnie Ukrainiec. A dom jest cudowny, odrestaurowana kamienica z końca XIX wieku, z olbrzymim z ogrodem jak na Saskiej. Gospodyni pokazywała mi przepiękne freski art deco, które odkryto w czasie ostatniego remontu. Ona wykonuje wolny zawód, jej mąż jest malarzem. Przyjmują regularnie, w określony dzień tygodnia stosując podobną formułę jak na Saskiej: koncert, potem rozmowy i picie wina. Ale w odróżnieniu od Saskiej jedzenie i picie jest płatne, i to słono bo jedno piwo kosztowało 3 euro. No cóż… Drugiej Margo nie znajdziesz.