Wywiady z cyklu Brudnopis Polski - czyli 24 lata z życia Salonu 101- powstały z inspiracji Kasi Kazimierowskiej,Wojciecha Przybylskiego ( ResPublicaNowa) oraz osób związanych z codzienością życia na Saskiej 101. W rozmowach i wywiadach zapisane sa wątki osobiste, obyczajowe, rodzajowe i anegdoty, które miały mieć wpływ na wiele osób, idei i inicjatyw społecznych, politycznych i artystycznych w Polsce lat 1984 – 2008.

z Szymonem Bojko – bywalcem Salonu 101, wywiad przeprowadziła w czerwcu 2008, Irena Wiszniewska

Każdy przynosił swój świat
 
W albumach salonowych jest wiele Pana zdjęć. Można śmiało powiedzieć ,że był Pan bywalcem Salonu, czy pamięta Pan pierwsze spotkanie z Małgorzatą Bocheńską?
Małgorzatę poznałem na bankiecie w Centrum Sztuki Współczesnej, w pałacu Ujazdowskim. Natychmiast żeśmy się sobie spodobali. Ja jestem bardzo ruchliwy. Lubię tańczyć, ona też. Odtańczyliśmy tango argentyńskie w sposób pokazowy. Przez 20 lat mieszkałem w USA, wiele podróżowałem po świecie - Japonii, Brazylii, Australii. Jednak zwyczajowo wracałem do Polski na wakacje. I wtedy zawsze się do niej zgłaszałem. Uznałem siebie za jej rycerza, taka dama musi mieć rycerza. Między mną a Małgorzatą nawiązały się serdeczne stosunki. Telefony były nieomal codziennością. Czasami przychodziła do mnie na Puławską, ale rzadko. Najczęściej to ja przychodziłem na Saską, panowała tam taka atmosfera… niepowtarzalna.
Zaprzyjaźnieni goście zbierali się w kuchni. Samo jej urządzenie było czymś osobliwym. Stół duży, drewniany, heblowany, jakby zużyty, tu się dobrze się rozmawiało. Małgorzata przygotowywała napoje, czasami stawiała owoce. Goście przynosili ciasta. Najlepiej pamiętam jednak bardzo smakowity chleb ze smalcem.
Tu wszystko miało swój nastrój, nawet ulica. Cicha, spokojna. Bardzo niezwykłe ogrodzenie posesji 101, sztachety o ciekawym kowalstwie. Trzeba było zadzwonić domofonem, ja zawsze się myliłem i córka Małgorzaty wychodziła mi otworzyć. Dwa schodki przed wejściem na klatkę i gdzieś tam chyba… lustro? Potem wchodziło się w inny świat.
To mieszkanie nie było wcale olbrzymich rozmiarów. Kuchnia, duży pokój… między nimi swobodne przejście, co dawało poczucie przestrzeni. Z pokoju otwarte drzwi do następnego salonu, tam stało pianino. Przez te otwarte drzwi tośmy tańczyli…. Taki wybuch radości życia, te nasze tańce. Potem taras, altana w ogrodzie… Tam odbyło się kilka spotkań. Och, jakież one były ciekawe…
Spotkania miały miejsce w piątki od dwudziestej wieczorem. Dla mnie to nie było wygodne, bo nie dorobiłem się samochodu. Wychodziłem wcześnie, żeby zdążyć na autobus, koło dwudziestej drugiej, trochę później jeżeli wiedziałem, że ktoś mnie odwiezie. A życie salonowe dopiero się zaczynało… Byłem ograniczony transportem. Ubolewam nad tym. Szkoda, że nie zostawałem dłużej.
 
Czy salon  to znaczące  miejscem w przestrzeni miejskiej?
Miasto bez salonu - jak kiedyś Krzywe Koło albo krakowska Piwnica pod Baranami - nie istnieje. Nie ma  osobowości. Architekci, którzy się popisują swoimi projektami wysokościowców tylko mącą nam w głowach. I jeszcze wspanialszy budynek! I jeszcze większy! I jeszcze wyższy! No i co z tego? Przecież to nie są domy dla ludzi. Wieczorem Warszawa gaśnie, przestaje istnieć. Ludzie przemykają się gdzieś. Muszą być proporcje zachowane. Miasto potrzebuje oddechu. Ja się źle czuję w Warszawie… ale Saska, to była wyspa. Tu trzeba było być wprowadzonym. Przychodzili ludzie znani – pisarze, poeci, malarze, muzycy. Biznesmeni raczej nie bywali, chyba że zainteresowani sztuką. Każdy przynosił ze sobą swój świat. I każdy miał temat, od którego był ekspertem. Przedstawiał go nie naukowo, a w formie gawędy. Mogły one dotyczyć innych kultur i części świata a nawet wynalazków – o nich też była mowa. Ja również parę razy zabierałem głos. Opowiadałem o kulturze kaszubskiej, o Japonii, o Brazylii. Potem jedną z tych gawęd przerobiłem na tekst, który został opublikowany. Słuchaczom chyba spodobała się moja opowieść o Copacabanie. Postawiłem takie pytanie: dlaczego ta dosyć pospolita plaża uchodzi za symbol Brazylii? Odpowiedź brzmi: dlatego, że jej linia brzegowa oddaje krzywizny kobiecego ciała.
Pamiętam takie piękne panie, dystyngowane, które opowiadały o modzie, o francuskich domach mody… Ja się trochę na tym znałem, bo w latach 60, gdy byłem na stypendium w Paryżu, moją ukochaną panią była projektantka mody i ona wprowadzała mnie na salony. A potem na moich oczach rodziło się prêt-à-porter, ten japoński wynalazek.
 
Czy salon był miejscem snobistycznym?
Ależ skąd! Nie było takiej intencji dobierania ludzi. Były i dyskusje, ale nie przeradzały się w dysputy. Nic kąśliwego, przesadnego. Debaty polityczne, za moich czsów, nie miały wstępu. Raz zjawił się Korwin-Mikke. Na pewno nie był za bardzo zadowolony, bo długo nie siedział. Prawdopodobnie wyobrażał sobie, że będzie główną osobą. Jego poglądy wydały nam się radykalne, nie pasujące do nas.
Intencją było zjednanie ludzi podobnie myślących, o podobnych filozoficznych sympatiach, podobnie ukształtowanych. Trzeba pamiętać, że to były straszne czasy. Straszne pod tym względem, że osobowość ludzka została stłamszona. A Salon to była demokratyczna piękna przystań, czysta duchowo i intelektualnie. Dla pewnej wcale nie takiej małej grupy Polaków i Warszawiaków. Dla takich miejsc warto żyć. Nie ma już tego i nie będzie.
Szymon Bojko otwiera notes, wysłużony, o zielonkawych kratkowanych kartkach. - Gdzie należy szukać telefonu Małgorzaty Bocheńskiej? Oczywiście pod „S” jak salon. Obok hasło: „Wokół salonu”. Nazwiska bywalców zajmują dwie strony. Szymon wyczytuje je. Wspomina. Ja wprowadziłem Tomasza Pobóg-Malinowskiego, niedługo przyjedzie z Londynu, i Borysa Muraszkiewicza . Bardzo ciekawy człowiek, urodził się w Dubaju. Była taka jedna pani, Grażyna Chmielewska z Teatru Mimów. Jakżesz ona mi się podobała! Odprowadzałem ją do tramwaju. I puściłem się biegiem. Niby żeby zdążyć. A naprawdę, żeby zaimponować. Oj głupi ten człowiek, głupi...
 
Salonowców łączyły też wspólne działania, prawda?
O tak. Małgorzata miała bardzo różnorodne pomysły.  Gdy ją poznałem była w trakcie tworzenia Dnia Dobrej Wiadomości. Media podchwyciły pomysł. Wcale mnie to nie dziwi.
Małgorzata potrafi nadać byt i ruch idei, która narodziła się w jej głowie. To jest wielki dar. Umieć pozyskać ludzi, jakieś wkłady czy to myślowe czy inne, dla podtrzymania planowanego przedsięwzięcia. Przecież każde przedsięwzięcie wymaga pracy i pieniędzy. Zdołała wielu ludzi utalentowanych przyciągnąć. Najważniejsze, że obok, czy też równolegle do salonu - tej działalności, nazwijmy ją, klubowej - potrafiła uruchomić machiny współdziałające: środowiska fotografików, pieśniarzy, aktorów. Uczestniczyły one w programie spotkań salonowych, albo rozwijały niezależne akcje w powołaniu na salonowe idee.
 
Dla pana idea dobrej wiadomości była na tyle ważna, że właśnie na ten temat zrobił pan wpis do Księgi Trzeciego Tysiąclecia.
Ona już od dawna funkcjonuje w obiegu prywatnym i publicznym w Stanach. Pierwsza moja wyprawa za ocean miała miejsce w 1971 na zaproszenie Museum of Art. Z biednej Polski, która nadal jest biedna tylko jej bogactwo rozdziela się inaczej, trafiłem prosto do Nowego Yorku. Pierwsze spotkanie ze światem cywilizowanym uderzyło mnie swoją energią. Dostałem jakby obuchem po głowie.
Zastanawiałem się wtedy nad sprężynami, które uruchomiają taką cywilizację sytości. Można dojść do bogactwa, jeżeli społeczeństwo się oprze na autooptymiźmie. Takie podejście jest w stanie odblokować pokłady olbrzymiej energii. Byłem bardzo przejęty tą ideą.
W „dobrej wiadomości” należy widzieć metaforę, gdyż nie chodzi tu o wiadomość typu informacyjnego. To jest chęć, pragnienie, przywoływanie… Coś sprawczego.
 
Czy ideę przywoływanie dobrych zdarzeń czuło się w Salonie zanim powstał Dzień Dobrej Wiadomości.
Sądzę, że tak. I że przyciągała ludzi. Myślę, że rodzimy się z wyobrażeniami o lepszym świecie. Wiedza o tym, że dzięki takim nośnikom jak optymizm, wiara albo wyobraźnia, można stworzyć bardziej sprawiedliwy świat, jest nam dana w genach. Ja chwytałem te wszystkie sygnały, które tkwią w człowieku i dają upust w sztuce, w kulturze, w konwersacji w rozmowie, w tańcu, w wielu przejawach życia codziennego.
 
A jak pan wspomina „Chimerę salonową”?
W tej piwnicy wystawiono mój scenariusz „Dandy i szczypta romantyzmu”. Miał trzy przedstawienia: w Teatrze Nowym Hanuszkiewicza na Puławskiej, w Muzeum Literatury i właśnie w Chimerze.
To był dobry przykład salonowej współpracy. Miałem znakomitą reżyserkę, Agnieszkę Błońską, studentów ze szkoły aktorskiej Machulskich, oprawę plastyczną.. I wszystko za darmo, z przyjaźni. Oczywiście cały salon stawił się na spektakl. Szkoda tylko, że scena nie była najlepsza. Obudowana, ogrodzona, nie pozwalała w pełni cieszyć się grą aktorską. Idea tego scenariusza siedziała we mnie i nadal siedzi. Ilustrowałem tam zasady dandyzmu, opisując tę estetykę w sposób dosyć prowokacyjny. Dostało się Mickiewiczowi, bo on się rzadko mył i George Sand. Wychwalałem wdzięk męski. Ja nigdy nie założyłem krawata, zawsze nosiłem fulary, których mam całą kolekcję. Ja się w tym lubowałem. We wstępie do scenariusza lansowałem ideę „neo neo romantyzmu” – powrotu do tradycji, upupionej przez szkołę. Za mistrza wziąłem Julka, Juliusza Słowackiego. Do akcji włączyłem również demoniczne kobiety, która od zawsze bardzo mnie pociągały. Pisałem o malarzach, którzy je malowali. Graham, Amerykanin polskiego pochodzenia, w rzeczywistości Jan Iwan Dąbrowski, stworzył cała teorię na ich temat. Był oczywiście też Witkacy. Chociaż jego portrety nie bardzo mi leżą.
Ja w ogóle mam żyłkę reżyserską.
Gdy prowadziłem zajęcia w Rhode Island School of Design w Providence, to często przygotowywaliśmy ze studentami takie scenki, żeby łatwiej im było przyswoić sobie jakąś wiedzę, na przykład zasady surrealizmu.
W Salonie też robiłem scenki. Proszę, tutaj na ścianie wiszą akcesoria. Na przykład ta miotła, przywieziona z Tajlandii. Posłużyła nam do scenki ilustrującej znany wiersz Baudelaire „Sygnały”, gdzie mamy poetyckie portrety artystów: Rembrandta, Michała Anioła, Rubensa… W salonie były też działania spontaniczne. Gdy ktoś wpadał na jakiś ciekawy pomysł, to go realizował, ad hoc. W ten sposób unikano monotonii rozmowy.
 
Z jakim innym miejscem może pan porównać salon na saskiej?
Jeżeli przyjmiemy, że Saska stanowiła pewien wzór obcowania intelektualnego, i że przepustką do tego świata była osobowość człowieka, to najdoskonalszy przejaw tego typu obcowania spotkałem w domu lingwisty Romana Jakobsona w Harvardzie.
Z gospodarza poznałem się na sympozjum o semiotyce, łączyła nas też osoba Jerzego Sołtana, architekta i również wykładowcy na Harvardzie. Na tej niewielkiej ulicy mieszkali sami nobliści. Dom prowadziła Krystyna Pomorska, asystentka i towarzyszka Jakobsona. Tego wieczora było nas z dwadzieścia osób. Między innymi Wiaczesław Iwanow, mój przyjaciel z Moskwy i Noam Chomsky. Kuchnia, wyśmienita. A te rozmowy… Oni bawili się słowem, sięgali do rdzenia, do prajęzyków. Znali je, potrafili przywołać i wymówić. Ponieważ coś tam liznąłem, byłem oczytany w dziedzinie semiotyki, potrafiłem docenić te fajerwerki umysłu. Tam zetknąłem się wspólnotą myślową, którą na innym poziomie, spotkałem też w Salonie.
 
Słuchając pana mam wrażenie, że doprowadził pan do mistrzostwa trudną sztukę cieszenia się życiem.
Po powrocie ze Stanów w 2002 roku byłem jak naelektryzowany. Rozpierała mnie energia. Kobiety nadal mnie adorowały... Życie zaczyna się po osiemdziesiątce, tak czułem. Chwaliłem się tym. Robiłem z siebie jakby ikonę. Ikonę radości życia.
Nawet po złamaniu nogi, pozostałem takim pożeraczem życia. Dlatego właśnie drugą nogę złamałem. Nikt nie pomyślał, że na mnie trzeba uważać, bo jak chodzę, to muszę chodzić szybko. To zastopowało ten mój maraton w poszukiwaniu smaku życia. Chociaż… czy ja wiem? Nawet w szpitalu, potem na rehabilitacji, gdy byłem na samym dnie, również tam… Przygotowuję taki tekst o Wielkim Wypróżnieniu, wynikający z moich szpitalnych doświadczeń, w stylu Rabelais. Nawet w ludzkiej fizjologii można znaleźć poezję.
 
Czy można powiedzieć, że w salonie uprawiano jakiś rodzaj sztuki życia?
Odpowiem tak: człowiek jest bardzo specjalnym stworzeniem, które poszukuje drugiego człowieka. Tamte czasy były temu przychylne. Teraz tego, tak mi się wydaje, nie ma. Jest raczej zamknięcie. A wtedy było otwarcie na ludzi podobnie myślących. Nikogo nie pytano co robi, czym się zajmuje. To nie były te tematy. Myśmy się o siebie tak ocierali. Byliśmy jak koty…
 
Jakie potrzeby zaspakajało bywanie w Salonie?
Ono zaspakajało rodzaj głodu. Głodu wrażeń duchowych i towarzyskich. Ważne było poczucie wspólnoty, która dzieli te same lektury, przeżycia kulturalne i zmysłowe. Mieliśmy tego świadomość, tam odnajdowaliśmy się, przetrzebieni… Małgorzata wyszła naprzeciw naszej wrażliwości. Dbając o nią, honorując ją, przywracając jej szlachectwo. Odnowiła przedwojenną, szlachecką tradycję. I za to jej chwała. Uczyniła coś, czego nikt inny nie dokonał, i czego już nie dokona. Połączyła ideały innego intelektualnego życia z tym chlebem posmarowanym smalcem. Czyli wpisała w elitaryzm przaśną część kultury polskiej.
 
Nadal jest pan jej rycerzem?
O tak. To nie zależy od wieku, ani kondycji fizycznej, choć moja w danej chwili, po złamaniu drugiej nogi, jest słaba. Jestem wdzięczny, że mnie traktowała poważnie, choć jestem niepoważny. Szalony. Po francusku nazywają mnie Simon, le fou, po angielsku Szymon, the Ultimate trouble makeer. Ja się rwałem do tego, by uczestniczyć w polskiej kulturze a ona mnie przygarnęła.
Drzemały we mnie różne tęsknoty. Uśpione, ale nie zapomniane. Moja tęsknota, żeby należeć do polskiej inteligencji. Nie miałem łatwego życia. Pochodzę z biednego domu. Mama wynajmowała pokoje. Ojciec w młodości był ekspertem od piór. Sprowadzał je z krajów egzotycznych i wysyłał na rynki rosyjskie. Wtedy była moda na pióra. Ze mnie chciał zrobić szewca. Oddał mnie do terminu, gdy miałem 14 lat. Ja poczucie skóry, zapach skóry, dotyk skóry, i ludzkiej i zwierzęcej garbowanej, mam w sobie.
 
Jaka była pana droga od szewstwa do historii sztuki?
Bardzo prosta. Przede wszystkim w szewstwie ważny jest kształt. Ja siedziałem. Przede mną metalowe kopyto. Uczyłem się rzemiosła szpilkowego, nie szytego. Miałem kołeczki, dziurkę robiłem, przybijałem kołeczki. Jednocześnie moja głowa pracowała. Zwłaszcza kiedy miałem do zrobienia podeszwy, trzeba było je rozdzielić jedna szła pod obcas a druga pod piętę. Ta cieńsza pod spód, ta grubsza na wierzch. Pod ręką leżały obcasy, drewniane, słupki francuskie. But robiło się na kopycie, a ja pracując wyobrażałem sobie podbicie, stopę, palce, kostkę, nogę…
 
Czyli szycie butów uwrażliwiło pana na rzeźbę.
Rzeźba w moim życiu też była. Pomnik księcia Józefa Poniatowskiego na koniu, który stał przed Sztabem Generalnym przy wyjściu z Ogrodu Saskiego. Zimą, chodziłem tam piechotą ze Złotej. Pamiętam padał śnieg, taki miękki, miałem 13 lat. W nocy pomnik był podświetlony a ja stałem i patrzyłem na koński zad. Patrzyłem? Dałbym wszystko, żeby go dotknąć. Wiał wiatr, śnieg opadał i ten zad powoli się wynurzał. Taki krągły, taki wypukły…
 
Panu Salon kojarzy się z tamtym czasem?
Ja wtedy podpatrywałem w ogrodzie Saskim jak obcuje ze sobą ziemiaństwo, artyści. Widziałem Fanza Fiszera i Wieniawę-Długoszowskiego. Mnie to imponowało. Chciałem być tacy jak oni. I byłem, na Saskiej.