Wywiady z cyklu Brudnopis Polski - czyli 24 lata z życia Salonu 101- powstały z inspiracji Kasi Kazimierowskiej, Wojciecha Przybylskiego (ResPublicaNowa) oraz osób związanych z codziennością życia na Saskiej 101. W rozmowach i wywiadach zapisane sa wątki osobiste, obyczajowe, rodzajowe i anegdoty, które miały mieć wpływ na wiele osób, idei i inicjatyw społecznych, politycznych i artystycznych w Polsce lat 1984 – 2008. 

 
jacek_andrzejewski_420  Z Jackiem Andrzejewskim i Natalią Litwinienko - wywiad przeprowadziła w październiku 2008, Irena Wiszniewska. Photo www.kamienikon.com
 

Rozmowa w salonowym duchu

 
W 2003 ułożył pan mozaikę w ogrodzie na Saskiej.
Jacek Andrzejewski .- Tak, łabędzia. Właściwie Natalia go ułożyła. Mój klient zamówił łabędzia na wzór tego, który znajduje się nad jedną z bram na Mariensztacie. Zrobiliśmy go na świeżo, żeby nie zapomnieć jak wygląda. Potem trzeba go było przewieźć pod Szczecin. Był dopiero co sklejony i zaczął się w samochodzie rozpadać. Nie dojechał na miejsce, ale wylądował w Małgosi  ogrodzie.
 
Dlaczego to właśnie pani Bocheńska dostała taki wspaniały prezent?
J.A.-Małgosia też nam robiła prezenty. Jej dom to było takie specjalne miejsce, taka oaza. Można było  wpaść o każdej porze dnia, zaskoczyć ją i zawsze się cieszyła. Mnie się nie zdarzyło tam przyjść, żeby jakieś trzy osoby nie siedziały. A każda przyniosła swoje problemy, historie…
Natalia Litwinienko.-Raz udało nam się ją zastać samą.  To trwało chwilę, pół godziny później dom był pełen ludzi.
J.A.-Takich miejsc jak Saska już nie ma. Domy nie są  tak otwarte jak kiedyś, gdy ludzie łatwo zapraszali do siebie, dziś trzeba dobrze kogoś znać, żeby trafić do niego do domu. Mieszkałem poza Polską trzydzieści parę lat, po tak długiej nieobecności lepiej widać zmiany. Saska to było dla mnie coś bliskiego, co mi się kojarzyło z Polską taką, jaka została w moim wyobrażeniu. Po powrocie, często czułem się sam. Moi koledzy wyjechali albo mają rodziny i byli zajęci, nikt nie miał czasu, wszyscy latali jak opętani. Do Małgosi przychodziło się i był spokój, można było pogadać, nikt się nie spieszył. Za takim światem tęskniłem. Taki świat przyciągnął mnie tutaj, do Polski.
 
Dlaczego ludzie zaczęli się izolować?
J.A.-Pieniądz stał się Bogiem.
N.L.-Na Ukrainie też pieniądz rządzi, ale sąsiad zawsze pomoże sąsiadowi.
 
Czy taka gościnność płynąca z serca nie jest charakterystyczna raczej dla kultury rosyjskiej lub ukraińskiej niż polskiej?
J.A.-Tę różnicę odczułem wyjątkowo wyraźnie kiedy pierwszy raz pojechaliśmy na Ukrainę, gdzie miałem poznać rodzinę Natalii. Jechaliśmy do Kijowa pociągiem, który miał same sypialne miejsca. W polskim wagonie przedziały zamknięte, w korytarzu nikogo, wszyscy śpią, tak jak się jeździ w Europie. Po drodze do restauracyjnego przechodziło się przez wagony ukraińskie. A tam – inny świat. Nie dość, że nikt nie śpi, to jeszcze ludzie siedzą przy otwartych drzwiach, a w każdym przedziale coś się dzieje. Jest głośno, życie tętni, pasażerowie piją, gadają - wszyscy razem, w jednym kręgu. Kiedyś właśnie tak wyglądały również polskie wagony. W tym pociągu, który jechał z Zachodu na Wschód była jakby ruchoma granica między dwoma światami.
N.L.-Gdy pierwszy raz przyszłam na Saską, Małgosia powiedziała: - Czuj się jak u siebie. Więc traktowałam ten dom jak własny.  Mogłam spokojnie zrobić sobie kawę nie czekając i nie prosząc. Mogłam zmyć naczynia, jeżeli uważałam, że jest ich za dużo. Mogłam poruszać się swobodnie.
J.A.-Dziś tę atmosferę, za którą tęskniłem, można znaleźć u Małgosi albo na Ukrainie. W tych otwartych domach, które pamiętam sprzed trzydziestu lat bywali znajomi i rodzina. Na Saskiej zawsze można było zastać kogoś, kto przyszedł pierwszy raz. Gdy coś się działo, waliły tłumy. Mnie przyprowadził Karol Kudelski. Zadzwonił z Krakowa, że przyjeżdża do Warszawy, bo jest zaproszony na szabas. Mniej więcej wiedziałem, na czym polega to święto, ale nigdy w czymś takim nie brałem udziału. Siedziałem jak na tureckim kazaniu. To było przeżycie. Dla mnie, ale też dla wielu innych osób, nie tylko Żydów. Chodziło o to, żeby się razem być. Ciekawe Natalia teorię judaizmu znała lepiej niż ja.
N.L.-To za sprawą mojej prababci. Ona była Tatarką i muzułmanką. Stwierdziła, że Stalin jest traktowany jak Bóg i uznała, że komunizm nie jest dobrą religią. Postanowiła dać mi wybór, zapoznając mnie z wszystkimi religiami świata. Dostałam plik książek. Czytając Biblię, nie wiedziałam, że to jest święty tekst. Poznałam różne systemy wierzeń, w tym judaizm. Wybrałam religię, która była najbliżej, czyli prawosławie.  Prababcia była zielarką,  za dużo się jednak od niej nie nauczyłam, bo byłam młoda i mi się nie chciało…
J.A.-Coś jednak umiesz. Czasami mnie zaskakujesz. Przylatujesz z jakąś cebulą, obwiązujesz nogę, żeby nie puchła…
N.L.-Pamiętam zioła, które prababcia testowała na mnie. Trochę wiedzy udało się jej wbić mi do głowy, dziś żałuję, że byłam tak leniwa.
 
I tak miała pani szczęście. Rzadko kto ma okazję poznać swoją prababcię.
N.L.-Prababcia zmarła rok przed moim przyjazdem do Polski. Mieszkaliśmy w mieście Marganiec. Mangan po polsku, to miejsce gdzie znajduje się kopalnia manganu. Pochodzimy z Donbasu. W czasie wojny razem z pradziadkiem, szóstkę najmłodszych dzieci schowała się  przed Niemcami w lesie. Ukrywali się po tym jak trzy starsze córki zostały wywiezione na roboty do Niemiec. Po wojnie prababcia zdecydowała osiedlić się w Margańcu, tam wielu ludzi potrzebowało pomocy zielarki. Zioła zbierała przez całe lato, chodziła po lasach aż do polskich kresów. Wybywała z domu wczesną wiosną, wracała późną jesienią. Kierowała się swoim kalendarzem – wiedziała, gdzie i kiedy jakie zioła można znaleźć. Gdy jakaś roślina obrodziła, zrywała ją nie oszczędzając, ale jeżeli było jej mniej niż zwykle, w ogóle jej nie ruszała. Przed śmiercią stwierdziła, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat jej życia z ziemi zniknęło około 15  najważniejszych rodzajów ziół.
 
Ubożeje nam planeta. Giną różne gatunki ptaków i zwierząt.
J.A.-Moje kamienie pozostaną…
 
To dlatego wybrał pan kamienie jako tworzywo swojej sztuki?
J.A.-Nie, to była miłość do kamienia brukowego. Potem myślałem, że to dlatego, że na Narbutta, gdzie się urodziłem była kostka brukowa, a może była na drodze, którą jechałem do przedszkola? W każdym bądź razie zaczęło się od kostki brukowej. Ojciec mówił: - Jak się nie będziesz uczyć, to zostaniesz brukarzem.  Mnie to zainspirowało. Miałem taką ambicję, żeby nie malować, ale robić sztukę z takiego materiału, który w ogóle nie kojarzy się ze sztuką. W Niemczech układałem mozaiki z kamienia brukowego, głównie w prywatnych ogrodach. Ta moja miłość do kamienia nie minęła, tylko zmieniłem formę.
 
Zaczął pan malować kamieniami.
J.A.- To przenośnia,  używam kamieni zamiast farby. Metafory tej użył  mój przyjaciel Ludwik Lewin, dziennikarz mieszkający w Paryżu. Poprosiłem go, żeby napisał tekst do mojej warszawskiej wystawy. Bardzo się tym przejął, długo nad tym siedział, aż zadzwonił do mnie w nocy z pytaniem, co dla mnie w tym co robię, jest najważniejsze. Wtedy właśnie powiedziałem, że maluję kamieniami.
Ostatnio zamiast farby zacząłem używać ulotek agencji towarzyskich, takich, które wciska się pod wycieraczki samochodowe. Robię recykling. Kamienie też w pewnym sensie pochodzą ze śmieci, korzystam z odpadów, które się wyrzuca. Wogóle pracując z kamieniem dużo o nim myślałem. To jest materia, która ma kilka miliardów lat, ta świadomość narzuca pewien rodzaj respektu, pokory. Z tą częścią kosmosu robiono już wszystko – kastrowano ją, wysadzano w powietrze. Ja próbuję te kosmiczne resztki sprowadzić na orbitę.
 
Składa pan świat z kawałków…
J.A.-To odpowiedź na życie. Świat taki czy szmaki, zrób go sam, po swojemu. To dotyczy wszystkiego, za co się człowiek bierze.
N.L.-Jacek nie wierzy w Boga, ale wierzy w miłość, a przecież to jedno i to samo.
J.A.-Wierzę w wiele rzeczy:  w miłość, w przyjaźń, ale nie w Boga.
N.L.-Dla mnie Bogiem jest wszechświat. Jak mam w niego nie wierzyć, jeżeli jestem nim otoczona?
J.A.-Mnie się wydaje że w Polsce ludzie wierzą głównie w Boga i w nic więcej.
N.L.-Przed ślubem z Jackiem poszłam do diakona, żeby wybadać sprawę naszego ślubu kościelnego. Diakon mówi:- Chcesz wziąć ślub, to ładnie. A twój przyszły mąż jest chrześcijaninem? – Nie – mówię - to Żyd i ateista. A on na to –To będzie trudniej, bo żona może być nawet diabłem, ale mąż musi być chrześcijaninem. Potem, gdy mu powiedziałam, że się kochamy, machnął ręką: - To po co wam ten ślub? Ja wam i tak pobłogosławię…
J.A.-Dowiedziałem, że jestem Żydem, gdy miałem 16 lat. Gdy mnie ten temat trafił, że tak powiem bezpośrednio, zacząłem się nad pewnymi sprawami zastanawiać  i do dzisiaj zastanawiam się, co to właściwie znaczy być Żydem. Każdy ma własną definicję, one bywają do siebie podobne, choć każdy czerpie z własnego doświadczenia. Dla mnie to nie jest religia, może wychowanie… W pewnym rozumieniu wychowałem się w żydowskim domu. Chociaż nikłe, ale ślady były. Na przykład obchodziliśmy wigilię jak wszyscy, ale na stole stał też kawior żydowski i chałka, co już nie było typowe. Moja rodzina była zasymilowana, już babcia nie znała iddisz. Dopiero umierając, przypomniała sobie ten język.
 
Wyjechał pan z Polski w 1968 z powodu żydowskiego pochodzenia.
J.A.-Tak, to była właściwie taka kropka nad i. W tamtych czasach, gdy Zachód był zakazany, każdy młody człowiek marzył o tym, żeby przebić się przez mur, powąchać inny świat. Moczar mi to umożliwił obdarowując przesławnym dokumentem podróży w jedną stronę. Dostałem w prezencie to, o czym marzyli wszyscy Polacy. Jednego tylko nie wiedziałem: Co ja tam na tym Zachodzie będę robił? Talerze zmywał przez całe życie?
 
Pani też wyjeżdżając z Ukrainy bała się, że będzie w Polsce skazana na sprzątanie?
N.L.-Nie. Mnie nikt nie wyrzucał, tak jak Jacka. Nie musiałam wyjeżdżać, chciałam. Wybrałam pierwszy najbliższy kraj, Polskę, którą zresztą u nas nie uważa się za zagranicę.
J.A.- Swój wyjazd inaczej odczuwałem niż moi rodzice. Moja mama, Krystyna Żywulska, była pisarką. Napisała „Przeżyłam Oświęcim” pierwszą powojenną relację z obozu. Ma też na swoim koncie wiersze i znane piosenki na przykład „Żyje się raz”. Dla niej, związanej z polskim językiem, emigracja była tragedią. To przysłowie, że starych drzew się nie przesadza, nie powstało bez powodu. Znałem też wielu młodych ludzi, 15-latków, którzy bardzo to przeżywali.
 
Dla pana ten wyjazd nie był tragedią?
J.A.-Miałem ogromną chęć poznania  świata. Skorzystałem z tego, że  jakiś facet stwierdził, że jestem zgniłkiem i kazał mi się wynosić.. Podziękowałem mu oczywiście i się wyniosłem. Ostateczna decyzja nie była jednak wolna od strachu. Pamietam, co mi się przydarzyło pewnego pięknego pogodnego dnia na Marszałkowskiej. Mijałem właśnie kościół na Placu Zbawiciela, podszedł do mnie jakiś facet i pięścią walnął mnie w twarz. Tak po prostu, bez powodu, ja mu nic nie zrobiłem. Zaczęliśmy się bić, zebrał się tłum. Budka milicjanta pusta. Może to i lepiej… Przypomniałem sobie, że poprzedniego dnia Janek Lec był świadkiem podobnej bójki na Starówce. Milicja zabrała go na komendę, gdzie okazało się, że to on pobił dwóch mężczyzn! Mnie też milicjanci mogli potraktować mało sympatycznie. Do dziś nie wiem, kto mnie wtedy zaatakował. Prowokator UB czy pijany facet, który chciał wyładować agresję i przypadkiem dał w mordę akurat mnie.
N.L.-Na Ukrainie to normalne, nie musisz być Żydem, żeby oberwać bez powodu. Gdy młodzież popije to różnie bywa. Nie raz natknęłam się na walczące dziewczyny. Gdy widzisz tłum dziewcząt, to lepiej je znać, bo inaczej mogą się do ciebie przyczepić.
 
Dziewczyny biją się jak faceci?
N.L.-Tak, mają gangi. Podzieliły między sobą miasto.
 
Pani też wyjeżdżała z chęci poznania świata?
N.L.-Moje miasteczko było jak bagno, Nie chciałam zostać w tym bagnie pogrzebana po szyję. Przygotowywałam się do wyjazdu od małego. Tylko czekałam, aż będę pełnoletnia. Wiedziałam, że nic mnie nie zatrzyma, choć moja rodzina bardzo się starała. W 18 urodziny obcięłam włosy, długie do kolan. Przyszłam do domu i dałam mamie warkocz: „Chciałaś, to masz”, powiedziałam.
 
To bardzo symboliczny gest, włosy składano w ofierze…
N.L.-Mama zawsze chciała mieć długie włosy, a w internacie, gdzie mieszkała jak była młoda, jej nie na to nie pozwalano. Swoje marzenie przeniosła na mnie.
 
Miała pani w Polsce trudne początki?
N.L-Ukraińcy przyjeżdżają tu do pracy, a ja miałam swoje pieniądze i za co żyć. Planowałam wyjazd, więc znalazłam sposób, żeby na niego zarobić. Zrobiłam wielki przekręt na giełdzie papierów wartościowych. Z pomocą mafii i rodziny. Wykorzystałam pomysł mojej ciotki, która całe życie robiła przekręty, żeby przeżyć. Mamę zatrudniłam do robienia obliczeń, bo jest księgową. A po pieniądze poszłam do mafii, którą znał mój wujek. Skontaktowałam jednych z drugimi za co dostałam swoją działkę. Mafia zarobiła 200 tysięcy dolarów, a ja 10 tysięcy, tyle ile chciałam od początku. Może dlatego się zgodzili, że nie byłam pazerna.
 
Na ile w Polsce wystarczyły  te 10 tysięcy?
N.L.-Połowę wydałam w trzy tygodnie, bo zamieszkałam w Marriocie.
J.A.-Ona po prostu weszła do pierwszego lepszego hotelu…
N.L.-Pamiętałam z Ukrainy, że Marriott jest koszmarnie drogi. Trudno, powiedziałam sobie. Skąd mogłam wiedzieć, że w Polsce są inne, tańsze hotele? Wtedy doba kosztowała 100 dolarów, to jeszcze nie było tak dużo, w porównaniu z cenami w Rosji. Na początku nie pracowałam. Potem wytłumaczono mi, że bez sensu tracę pieniądze w Marriocie, gdzie nawet żarcie jest paskudne. Po tygodniu zaczęłam rozglądać się za jakimś miejscem, gdzie można zjeść coś normalnego.
J.A.-To “nie pracuję” trzeba wziąć w cudzysłów. My obydwoje nie pracujemy, a zasuwamy całe noce robiąć mozaiki. Od czasu do czasu coś się sprzedaje, żeby się utrzymać, ale jest ciężko.
 
-Na czym polega wasza wspólna praca?
J.A.-Uzupełniamy się. Gdy trzeba zrobić mozaikę Natalia lepiej daje sobie radę z detalami. Mnie te malutkie kawałki lepią się do rąk. Rysujemy też razem. Ja zaczynam, Natalia ciągnie dalej.
 
W Niemczech było łatwiej utrzymać się ze sztuki?
J.A.-Miałem swoją klientelę na mozaiki ogrodowe w trójkącie między Kolonią Dusseldorfem a Krefeld. Przez ponad 20 lat, gdy tym się zajmowałem, nie zdarzyły mi się kłopoty z płatnościami. Polecano mnie jako kogoś dobrego, do odpowiednich ludzi, w kręgu zamożnego mieszczaństwa, które mogło sobie pozwolić na moje prace. W Polsce zrealizowałem kilka zamówień, ale bez przyjemności. To co jest fajne, w tym co robię, to kontakt z ludźmi. W Niemczech, gdy ułożyłem pierwszy metr, przychodzili gospodarze, chwalili: -Jakie piękne, panie Jacku! A w Polsce słyszałem: -Ten kamień jest krzywy. A tu coś wystaje! Szybko zrozumiałem dlaczego polscy klienci tak się zachowują. Muszą szukać mankamentów, żeby mieć argumenty do obniżenia honorarium. Kilka lat temu przestałem robić mozaiki. Wolę żyć skromniej, ale bez użerania się. Tym nuworyszom nie chodziło wyłącznie o pieniądze. Oni w ten sposób demonstrowali, że mają nade mną władzę. Poza tym ta atmosfera… Te wysokie mury, wszędzie kamery, ochroniarze. Gdy zamykała się za mną brama, bałem się, że już stąd nigdy nie wyjdę. Oni budują sobie więzienia. Dobrze, że sami za nie płacą. Na piętnastu, miałem może trzech przyzwoitych klientów.
N.L.-To byli księgowi. Jeden młody człowiek, księgowy, zamówił tarasik pod altankę, pod warunkiem, że będzie w stylu techno. Wymyśliliśmy nowy styl, ogromnie mu się podobało.
 
Muzykę przekładaliście państwo na mozaikę? To chyba bardzo trudne.
N.L.-To najprostsze co może być. Bo co to jest techno? Jak się tańczy to jeden dwa ruchy.  Spróbuj zrobić te ruchy w miejscu, i już narysowałaś kreski. Potem wystarczy odtworzyć je w kamieniu.
J.A.- Ja Polskę właściwie na nowo odkrywam, bo wyjechałem po szkole, po maturze, jeszcze na utrzymaniu rodziców. I nigdy nie pracowałem.
 
Dlaczego wrócił pan do Polski?
J.A.-Powrót to nie całkiem odpowiednie słowo. Przyjechałem na urlop do przyjaciółki, która ma dom w lesie pod Poznaniem. Skończyły mi się pieniądze, nie miałem na bilet do Niemiec. Skoczyłem autobusem do Warszawy po pożyczkę a tam, gdy pokazałem katalog, błyskawicznie zorganizowano mi wystawę w SARPie. Dostałem zamówienie, potem następne. Dużo o mnie pisano. Myślałem, że tutaj będę miał większe szanse na rozwój. Później poznałem Natalię…
 
Nie żałuje pan, opuszczenia Niemiec?
J.A.-Nie. Oprócz Natalii mam w Polsce kuzyna Maćka i Stefanię Grodzieńską, bliską przyjaciółkę mojej mamy. Zawarłem też nowe ciekawe znajomości, na ogół z ludźmi młodszymi. Przyjaźnię się z właścicielami takiej fajnej knajpki na Pradze Skład Butelek.
N.L-Tam nasz pies ma na stałe swoją miskę.
J.A.-Rodzina mi się powiększyła. Córki brata wyszły za Francuzów, jedna ma już dwoje dzieci, na ich ślubie spotkałem ze sto osób. Potem na Ukrainie poznałem trzydzieści osób ze strony Natalii.
N.L-Ja bym nawet chciała mieszkać w Niemczech. Tam są większe możliwości.  Chociaż w Polsce na początku też nie było źle. Raz na Starówce jedna staruszka mi nawymyślała, że zabiłam jej męża. Ja??? Udowodniłam jej, że to niemożliwe, bo mnie nie było na świecie. Mój ojciec i mój dziadek też nie byli winni. Nie osądza się człowieka według władzy. Chyba zrozumiała, że nie miała racji. Potem bywałam w takich środowiskach, że młodzież podchodziła do mnie jak do przedstawiciela innej kultury a nie do wroga.
 
Część przyjezdnych z byłego ZSSR skarży się na polski szowinizm.
J.A.- Pamiętam Polaków, którzy dziesięć lat temu przyjeżdżali do Niemiec do pracy. I jakie mieli trudności. Traktowano ich per noga, panowała opinia, że Polacy to złodzieje i prostytutki. To irytujące, że tak szybko o tym zapomniano, że to niczego ludzi nie nauczyło.
N.L.-Może teraz się mszczą za nieprzyjemności, które ich spotkały w Niemczech.
J.A.-Czasami ludzie poznają po akcencie, że Natalia jest ze wschodu. Sprzedawczyni uprzejma do rany przyłóż potrafi do Natalii warknąć po chamsku: - Co podać?
N.L-U Małgosi nigdy mi się nic nieprzyjemnego nie przytrafiło. W innych domach różnie bywało.
J.A.-Tak sobie gadamy o tym i owym, jakbyśmy zapomnieli, że mieliśmy dyskutować o Salonie Małgosi. Ale właśnie takie rozmowy prowadziliśmy na Saskiej. Nasza dzisiejsza jest w pewien sposób typowa. Oddaje salonowego ducha.
N.L-Gdy ludzie poznawali się na Saskiej, rozmawiali właśnie o takich sprawach jak my. O tym skąd jesteśmy. Jacy jesteśmy. Dlaczego jesteśmy tu, a nie gdzie indziej. Gdzie chcielibyśmy być.

 

Jacek Andrzewski story

1947 urodzony w Warszawie.

1963 - 68 Szkoła
Antoniego Kenara w Zakopanem
(profesorowie: Władysław Hasior, A. Rzaza, Tadeusz Brzozowski.

1970 - 75 ukończył studia Grafik - Design WW Krefeld - Niemcy.

1977
Wystawa rysunków w Krefeld,
Düsseldorf, Klewe, Köln i w Paryzu.
W czasie pobytu artysty w Niemczech do momentu, powrotu do Polski, powstaje niezliczona ilość projektów typu ogrody, mozaiki, rzeżby.
Najbardziej znaną rzeżbą jest "Ślimak" zrobiony z kostki brukowej na terenie Ogrodu Rzeżb w Dusseldorf, według projektu i samego wykonania przez Andrzejewskiego.

1979
PASAGE PRZY KONIGS ALEE W DUSSELDORF
Dwuletnia współpraca z najbardziej twórczym niemieckim architektem HARDTMUT MUMME w Monachium.
Dzieki współpracy powstały trzy ogrody które smiało mozna zaliczył do najbardziej modernistycznych ogrodów jakie powstały na świecie.

1999
"Powrót artysty do Kraju"

2000
SARP Wystawa zdjęć mozaik
Stowarzyszenie Architektów

2001
Powstaje pierwsza mozaika ogrodowa w Warszawie na Saskiej Kępie

do 2005 powstało ich wiele, m.in:
Warszawa: Ogród w CHimerze (Nowe Miasto - Warszawa), w Komorowie

Artysta wykonał wiele aranżacji wnętrz (np Butik przy ul. Wilczej w Warszawie) I Został Twórcą… WITRAGE Malowanych Kamieniem

2002
WYSTAWA OBRAZÓW ART KLUB
ul.Oleandrów
14.01.2002 Warszawa

2004
GALERIA -PRACOWNIA INŻYNIERSKA
ul.Inżynierska 3/15 Warszawa.