Wywiady z cyklu Brudnopis Polski - czyli 25 lat z życia Salonu 101- powstały z inspiracji Kasi Kazimierowskiej,Wojciecha Przybylskiego ( ResPublicaNowa) oraz osób związanych z codzienością życia na Saskiej 101. W rozmowach i wywiadach zapisane sa wątki osobiste, obyczajowe, rodzajowe i anegdoty, które miały mieć wpływ na wiele osób, idei i inicjatyw społecznych, politycznych i artystycznych w Polsce lat 1984 – 2008.

 
PAMIĘCI JEROFIEJEWA
 
Wiosenny zmierzch wisiał za oknami,
kurtyna nie zdążyła opaść na scenę
by tłumić skrzypienie podnoszących się krzeseł.
Husky z obciętym ogonem lizał wybrańców po rękach
tak jak by były kościane.
Papierosowy nałóg snuł się pod sufitem mgłą śmierci,
na szklanym ekranie milczenie wzmocnione
mechaniczną membraną strzelało słowami do celu.
Cel jest ruchomy jak życie, zbliża się i ucieka
czasu jest za mało żeby wycelować.
Lekarze w białych czapkach na głowie przypominają piekarzy,
wyrosłe ciasto dawno wylało się z formy,
deformacja jest nieodkształcalna.
Oczy pisarza błyszczą jak kieliszki
czy zagra się na nich jeszcze jedną pieśń?
„Biez wodki nie razbierosz”
A może życie to tylko alkoholowe upojenie?
śmierć kacem bez dna?
Nina, muza pisarza opowiada,
czuje po rosyjsku, mówi po polsku, śmieje się po swojemu.
Geniusza nie da się wytłumaczyć
tym bardziej na obcy język.
Wosk świecy kapie na dębową podłogę
nie trzeba będzie jej jutro pastować po gościach.
 
Salon Małgosi, Kwiecień 2006
 
z Niną Czerkies, wywiad przeprowadziła we wrześniu 2008, Kasia Kazimierowska.
 
Mińsk, Moskwa, Warszawa. Które z tych miast najbardziej wpłynęło na pani życie?
- Mińsk to miejsce mojego dzieciństwa, gdzie czas płynął inaczej, ale Moskwa okazała się miastem, w którym było tempo, rytm i walka, która bardzo mi się podobała. Pokonać Moskwę, to było coś. Ja w Moskwie byłam prowincjałką z Mińska. Znajomi śmiali się ze mnie, „O Ninka przyjechała z Mińska, pierogi przywiozłaś?”. Nie każdemu udawało się wejść w tamten klimat. O jednym mówili, że z prowincji i nie miał już czego tam szukać, nie miał nic o powiedzenia, przyklejano mu łatkę i tak zostawało. Trudno było znaleźć sobie miejsce na Arbacie, gdzie całe to moje artystyczne towarzystwo mieszkało. Nikt nie oczekiwał inteligencji, wykształcenia, tam było jedno kryterium– talent, iskra boża. Jeśli w tobie jest coś oryginalnego, wolność wypowiedzi, to się nadajesz, na tym to polegało. Zauważyłam, że ludzie się szybko dostosowywali do sytuacji. Ja szłam w innym kierunku. Jeśli czegoś nie chciałam czytać czy robić to nie robiłam. W Moskwie biegałam po mieście, a w Mińsku, już na schodach dworca, w zupełnie inny, powolniejszy rytm. Ja lubię walkę, wyzwania, jak ich nie ma to sama ich poszukam, zawsze chciałam pokonywać trudności. Jak tylko przyjechałam do Moskwy, od razu sobie poradziłam.
 
Kiedy pani postanowiła, że przyjmie taką postawę życiową?
- Już w siódmej klasie podstawówki. Napisałam wypracowanie o zbędnych ludziach. Temat brzmiał: „Których poetów można uznać dziś za niepotrzebnych, zbędnych?” A ja napisałam, że chciałabym, żeby jeden z tych zbędnych został moim mężem. Zawsze mnie ciągnęło do tych zbędnych ludzi, zawsze mnie oni dotykali, przemawiali do mnie, wzruszali, wszyscy ci alkoholicy, idioci, bezdomni, ułomni ludzie. Zawsze mnie do nich ciągnęło. Wszyscy moi przyjaciele pili, bo nie mogli poradzić sobie z tym ordynarnym życiem. To byli zdolni ludzie, którzy mieli swoje miejsce na Arbacie. A tam mówiło się o wszystkim, tylko nie o ordynarnej polityce.
 
Arbat w pani opowieści brzmi jak miejsce mityczne, utopijne.
- Na Arbacie, gdzie mieszkałam podczas studenckich lat, żyła elita, trochę taka jak potem na Saskiej Kępie. To był taki trochę salon odważnych, niezależnych ludzi, bohema artystyczno- teatralna. Nikt nigdy nie mówił o polityce, to były poniżające tematy. Zresztą po co, sytuacja była przecież jasna, ale takie tematy były poniżej poziomu.
 
Za to polityka była w Polsce, dokąd pani przyjechała z Moskwy. Jaki wydał się pani nasz kraj?
- Tak, kiedy tu przyjechałam wszyscy rozmawiali o polityce, to było strasznie męczące. W Polsce polityka była bardzo modna i tylko o tym mówili.
 
Przygoda z Polską zaczęła się od reżyserii „Mewy” według Czechowa.
- Tak, robiłam „Mewę” ze studentami Juliusza Machulskiego w szkole teatralnej. To miało być ich przedstawienie dyplomowe. Machulskiego znałam z licznych bankietów, na których się spotykaliśmy. Kiedy okazało się, że ja będę reżyserowała „Mewę”, Machulski powiedział: „Ta Ninka? Przecież ona bankietowa jest! Dziś mówi, że będzie a jutro was zostawi, przecież ja ją znam”. Wtedy studenci mu odpowiedzieli, że znają inną Ninę i że damy radę zrobić ten spektakl. Ja wtedy wszystko trzymałam na dystans, ten teatr, tych studentów, gdy przychodzili do mnie do mieszkania, ja ich wpuszczałam tylko do kuchni, nie dalej, trzymałam na duży dystans, dlatego, że jak przyjechałam do Polski i zobaczyłam polski teatr, pomyślałam, że to najgorsze, co może być.
 
Dlaczego?
- Zrezygnowałam z teatru polskiego, bo dla mnie to było okropne miejsce. To co wyprawiały aktorki w polskim teatrze było dla mnie oburzające, dlatego postanowiłam, że ja z teatrem nie chcę mieć nic wspólnego. Będę chowała dzieci i tyle. Wtedy, gdy studenci przyszli do mnie, żebym reżyserowała ich spektakl powiedziałam im tak w mojej kuchni: „Mogę zrobić przedstawienie, ale tylko „Mewę”. Chciałam wtedy rozliczyć teatr. A „Mewa” była do tego najlepsza, bo to historia o geniuszu, a ja o tym chciałam, podobnie jak w późniejszym projekcie, „Dzień śmierci Mozarta”. Tam też jest mowa o geniuszu i to był temat jakim ja chciałam się zająć.
 
Geniusz, iskra boża, ludzie zbędni, pani życie to historie ludzi wyjątkowych.
- Tak, ale tych ludzi spotkałam dopiero w Moskwie. Życie na Arbacie, gdzie mieszkałam podczas studiów, było spotykaniem takich właśnie wyjątkowych ludzi. A studia toczyły się gdzieś obok. Niuanse są cenniejsze od chronologii, ważniejsze od normalnej biografii, dlatego wolę tak opowiadać.
 
Moskwa to Arbat, ale też kilka lat studiów, które ukształtowały panią jako aktorkę.
A na studiach życie wyglądało tak: przybiegałam na uczelnię i pytałam „to co dziś zdajemy”? Na co koledzy, „No Ninka, literaturę rosyjską”, a ja „Acha, zdam bez problemu”. Jedyny pisarz, którego nie rozumiałam to Nikołaj Aleksiejewicz Niekrasow. Pamiętam, jak sobie powiedziałam, „Jak nie trafi mnie jakiś Niekrasow, to dam radę”, no i oczywiście trafił. Taki starszy profesor podpowiada mi: chrześcijanie. A ja: chrześcijanie? To tak dawno było. A on: no właśnie, ja nie pamiętam. A miał 80 lat. I słyszę głos mojej koleżanki z sali : Dajcie jej „Obłomowa” Iwana Gonczarowa. Na co profesor: chcesz Obłomowa? Ja na to, że tak. No to idziemy. Dostałam piątkę. I tak się uczyłam. A jak zdawałam ekonomię polityczną, to wyglądało to tak. Klękaliśmy na podłodze, pod kolanami kładliśmy groch, żeby nie zasnąć i braliśmy książki. Jak się zasypiało, to się głową człowiek uderzał w podłogę i budził. Jeżeli byśmy nie zdali tego przedmiotu, to nikt z nas nie dostałby dyplomu. Chociaż jedną noc trzeba było się pouczyć, żeby cokolwiek zrozumieć, chociaż przeczytać. A ja nic z tego nie rozumiałam. Nie rozumiałam nawet jednego zdania. Nawet ten groch mi nie pomógł. W dodatku zamiast się tego uczyć, przeczytałam „Moskwa-Pietuszki” Jerofiejewa, bo dostałam ją tylko na jeden dzień. Więc przeczytałam ją, a rano myślę „Koniec. Zawalę egzamin, mama dostanie zawału, nie zdałam”. Ubrałam się w czarną sukienkę, pomalowałam oczy, zrobiłam fryzurę i blada jak śmierć poszłam na egzamin. Wszyscy pisali ściągawki, a ja wchodzę i zdrętwiałam bo nie mogłam mówić, nic przecież nie wiedziałam. Pada pytanie: „Karol Marks i Fryderyk Engels”. Ja nic, na co egzaminator: „Powiedz chociaż jedno zdanie z „Kapitału”. Wszyscy myśleli, że powiem „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, ale kiedy czytałam ekonomię polityczną, to jedno zdanie mnie zdziwiło. Marks w „Kapitale”  powiedział, że pieniądze są po to, żeby je wydawać, chodziło mu o ruch kapitału. Okazało się, że nikt tego zdania nie pamięta. Egzaminator powiedział, że faktycznie jest takie zdanie, i zdałam! Postawił mi tróję, jedyną tróję na dyplomie, z naukowego komunizmu.
 
Ciekawsza od ekonomii politycznej była „Moskwa-Pietuszki”. Czy poznała pani Jerofiejewa?
- Znałam Jerofiejewa ale nie przeczytałam jego książki, który wszyscy wtedy się zaczytywali. Przyszłam więc do niego na dzień przed tym feralnym egzaminem i mówię: daj mi przeczytać swoją książeczkę. A on, „Po co chcesz ją czytać”? Ja na: „Bo wszyscy mówią, że Ty jesteś geniusz, książka jest we wszystkich językach, ale po rosyjsku nie”. Przeczytałam, zdałam egzamin, pojechałam do Andrieja Tarkowskiego i zawiozłam mu „Moskwę – Pietuszki”.
 
Dziś jest pani uznaną aktorką, która z powodzeniem gra w serialach typu „Na Wspólnej” jak i realizuje własne niezależne spektakle. Czy duża w tym zasługa moskiewskiego instytutu teatralnego?
- Ja nie traktowałam serio instytutu, nie pojmowałam go do końca. Teraz uczę jedną studentkę i starałam się przypomnieć sobie, czego oni mnie tam uczyli. Co ciekawe, pamiętam wszystkie ważne rzeczy, a te nieistotne od razu wylatywały mi z głowy podczas zajęć. Zawsze uważałam, że muszę mieć wolną głowę. Dlatego współcześni inteligenci mają kryzysy i nic nie piszą, bo mają głowy zapchane mało ważnymi detalami. Przez to nie mogą stworzyć nic nowego. Z tego powodu dawkowałam sobie informacje, zapamiętywałam tylko te ważne, bo aktorstwa nauczyć się to trudno, trzeba nie tylko uruchomić talent, ale podpowiedzieć też to co najważniejsze, czyli kierunek. Nie wystarczy skończyć studiów, bo można nie skończyć i być aktorem, ważny jest gust i kryteria.
 
Co to znaczy kryteria i gust?
- To trudno wytłumaczyć. Co z tego, że profesor dobrze bawi się na spektaklu, kiedy potem wychodzi i mówi, że kiepski. Jak na pytanie: co to jest sztuka? Ułanow, stary reżyser o to zapytał, myślał, i powiedział że sztuka to jest charm, wdzięk.
 
Jakimi kryteriami kierowała się pani podczas tworzenia „Mewy”?
- Tak, wróćmy do „Mewy”, do geniuszy, do tego czemu chciałam zerwać z teatrem. Był taki moment, że myślałam, że już będę tylko chować dzieci i w tym objawi się moja wielka siła. Pewien reżyser zawsze mi powtarzał, że to największa wartość dla kobiety - być matką. Ja w to uwierzyłam i tak robiłam. Wierzyłam wtedy, że życie aktorek, które nie mają dzieci, jest nic niewarte. Dlatego chciałam być dobrą żoną i matką, trochę mi nie wychodziło ale się starałam, chciałam ten zawód matki opanować. Nie umiałam wychowywać, mojego syna chowałam za koleżeńskich zasadach. Podczas emigracji w Łodzi byliśmy jak dwie połówki. Ale wtedy pojawiła się „Mewa”. Najpierw poproszono mnie, żebym w niej zagrała. Powiedziałam, że nie będę grała tylko reżyserowała, i właściwie „Mewę” zrobiłam sama. To był genialny spektakl, który został niestety zamordowany przez Machulskiego. Graliśmy bez pieniędzy. Choć wiedziałam, że jeśli zrobię dobrze ten spektakl, moja kariera rozkwitnie, to nie chciałam iść na kompromisy, to czułam, że muszę zrobić Czechowa po swojemu. Postanowiłam, że u mnie będą grać zarówno aktorzy i studenci, co było precedensem. Wzięłam aktorów z teatru im. Jaracza w Olsztynie. Już próby były genialne, więc wszyscy na nie przychodzili. Dziś w teatrze można robić wszystko dzięki technice, ale kiedy jest bieda, to wtedy powstają najlepsze pomysły. Gdyby Mewa zobaczyła światło dzienne, to ci aktorzy, którzy w niej zagrali, dostaliby najlepsze angaże. Tylko dwa razy zagraliśmy premierę, potem nas zdjęto, uniemożliwiając dalsze występy. Ubili nas i nasz teatr. Dopiero po latach Machulski przyznał, że nasza „Mewa” była najlepsza.
 
Po zrealizowaniu tego przedstawienia poznała pani Małgosię Bocheńską.
- Poszliśmy do Centrum Kultury na Elektoralną z nasza „Mewą”. Znajomy powiedział, że tam pracuje kobieta bardzo przyjazna dla teatru. Początek nie był obiecujący. Ta pani, Małgosia właśnie, zaproponowała nam wynajęcie sali na przedstawienie za koszmarne pieniądze. Powiedziałam, że u nas pieniędzy nie ma, więc wychodzimy, a ta kobieta mówi do mnie „Pani tak nie załatwi żadnego interesu”. Zostawiłam jej informacje, jakie w prasie ukazały się o „Mewie” i wyszłam. Idę ulicą Targową, kiedy dzwoni do mnie pewien reżyser i mówi: „Ninka, ty znasz Małgosię Bocheńską?” Okazało się, że był u Małgosi i widział moje zdjęcie i wywiad o Mewie. Wieczorem pojechaliśmy na Saską, do jakiegoś dziwnego domu. Wydawało mi się wtedy, że Małgosia jest postacią z „Mistrza i Małgorzaty”. Siedziała w skórzanej kurtce, a obok niej malarz, z którym się wówczas spotykała, zupełnie jak Azazel. Klimat, jaki był na Saskiej od razu skojarzył mi się z Arbatem.
 
Czyli Małgosia jako dobra wróżka, która zawsze pomoże?
- Tak, i w taki też sposób prowadziła ten salon, choć dla mnie salon bardziej przypominał dwór królewski. Nie chciałam wchodzić w bliższe relacje ze wszystkimi, potrzebowałam dystansu, bo dystans pomaga utrzymać tajemnicę. Jeżeli nie ma dystansu, to człowiek czuje się oskubany jak kura. W młodości byłam bardzo otwarta, wszystkim wszystko mówiłam. Ale potem przychodziły takie momenty, że zamykałam się, nie miałam energii, nie mogłam wstać z łóżka, nikt nie wiedział co się ze mną dzieje. Dziś wiem, że trzeba dbać o siebie, zostawić coś dla siebie. A Małgosia ma swój dwór, który cały czas z nią jest. My z mężem jesteśmy w tym obiegu, ale jednak potrzeba trochę dystansu.
 
Salon z pani wspomnień…
- Pamiętam dwa spotkania w salonie szczególnie. Pierwsze, gdy Jerzy Prokopiuk miał wykład o zmartwychwstaniu, z okazji zbliżającej się Wielkanocy. To był wyjątkowy wieczór. Goście byli spokojni, skupieni, nie było atmosfery bankietu, skupili się wokół czegoś wzniosłego, zamiast tańców, śpiewów, atmosfera była mistyczna. Zaś na drugie spotkanie przyszło dwóch poetów z Wrocławia, Małgosia urządziła im wieczór promocyjny. Czytali swoje wiersze, goście siedzieli całą noc. Wtedy poznałam Seweryna Aszkenazego ze Stowarzyszenia Beit Warszawa, wówczas to były jego pierwsze dni w Polsce. Te wieczory były odkrywaniem dusz. W salonie bywały takie momenty, takie błyski. Małgosia wprowadzała ludzi bardzo ostrożnie, w kontaktach z gośćmi była ironiczna, ale czuło się, że będzie się obronionym, że nie ma zagrożenia. Ja się boję warszawy, nie znałam dobrze tej inteligencji, nie miałam z nią dobrych doświadczeń. Nie otwieram się często i boję się po prostu, a u niej zawsze czułam się bezpiecznie i z poczuciem, że nie ma potrzeby się bać. Małgosia ma talent psychologa i kładzie balsam na twoją duszę, jak lekarstwo. Jest trochę jak jasnowidz i ma bliską mi szaleńczość. Tak rzadko ktoś mnie odbiera dobrze, a Małgosia tak, wspiera mnie.
 
Czyli pani relacje z salonem to właściwie relacje z Małgosią?
- Zgadza się. Teraz z Małgosią dobrze się znamy, ale ja jestem typem samotnika, który swoją tajemnicą z nikim się nie dzieli. Są rzeczy, o których ja nikomu nie powiem, zawsze gram jakieś role. W pewnym momencie zrozumiałam, że do końca prawdy mówić nie będzie, bo tu w Warszawie nie można. Ludzie chcą się spotykać a potem znikają z mojego życia. Taka warszawka, dopiero później zaczęłam to rozumieć. Czułam, że Małgosia to człowiek biedny, który powstał z biedy, choć dama, czułam, że mogę jej mówić wszystko. Czułam , że między nami jest podobny skład chemiczny. Zaczęłam czuć, że ona jest mi potrzebna, niezbędna. Ona mówiła: „Możecie zrobić to tak i tak. Chcecie wystawić tę sztukę, to idźcie do Le Madame, itd.” Tak było z ”Wiśniowym sadem”. Le Madame okazało się najlepszym miejscem, gdzie Sad mógł być wystawiony. Dzięki niej powstało wiele ważnych rzeczy. Wiem, że przyjdę do niej problemem i ona od razu pomoże. To jej wielka umiejętność i wartość – być niezbędną.
Ale Małgosia i salon to pełna symbioza, jedno drugiemu było niezbędne. Małgosia nie jest w stanie żyć bez swojego salonu. Salon to jej styl bycia. Nie wytrzymywała bez salonu, potrzebowała aury prywatności ludzi zdolnych. Odkrywała ich talenty, a ludzie korzystali z jej usług, dla nich to często był ratunek. Bez tego nie byłaby Małgosią Bocheńską, nie istniałaby. Co teraz będzie robić? Koniec salonu może okazać się dla niej szansą na gotowość bycia samą. Teraz będzie uwielbiała swoją samotność, będzie selekcjonować ludzi, których chce spotkać, których zechce obdzielić swoją radością. Ma szansę na zmianę. Ona ciągle szuka, i to może nas łączy, szuka nowych form, nowych pasji, bo człowiek musi być jak dziecko, gibki, elastyczny. Ona szuka i we wszystkim znajduje swoją niepowtarzalność.