Wywiady z cyklu Brudnopis Polski - czyli 25 lat z życia Salonu 101- powstały z inspiracji Kasi Kazimierowskiej,Wojciecha Przybylskiego ( ResPublicaNowa) oraz osób związanych z codzienością życia na Saskiej 101. W rozmowach i wywiadach zapisane sa wątki osobiste, obyczajowe, rodzajowe i anegdoty, które miały mieć wpływ na wiele osób, idei i inicjatyw społecznych, politycznych i artystycznych w Polsce lat 1984 – 2008.
z Aleksandrą, Amirą Bocheńską – córką Małgorzaty, wywiad przeprowadziła we lipcu 2008, Irena WiszniewskaŁóżko w wannie
Powiedziałaś, że z domowego Salonu wyniosłaś przekonanie, że nigdy nie zostaniesz artystką. Dlaczego?
Dlatego, że widziałam jak artyści borykają się z życiem. Mają problemy egzystencjalne, to rzecz naturalna a nawet potrzebna, ale poza tym grzęzną w problemach finansowych i bytowych, w sensie utrzymania rodziny i domu. Artysta to taki osobnik, który nie umie się zorganizować i zapewnić sobie stabilności życiowej.
Mam wiele wrodzonych talentów, interesowałam się grafiką i fotografią, ale odsuwałam od siebie te zainteresowania. Nie chciałam iść na ASP, nie chciałam studiować malarstwa, nie chciałam rysować, choć czułam, że to we mnie siedzi.
Studiujesz fotografię w London College of Communication. Jak to się stało że, przełamałaś się i wybrałaś kierunek artystyczny?
Jeżeli to w nas siedzi, to jest jak fatum, nie można od tego uciec. A bycie nieprawdziwym, powoduje, że nie jest się szczęśliwym. Na uczelni zadano nam parę projektów do wykonania. Przygotowałam prace w dosyć komercyjnym stylu, myśląc, że się spodobają. Myliłam się. Wtedy postanowiłam zrobić coś bardziej od siebie, coś prawdziwego, zgodnego z kierunkiem, w którym idą moje własne poszukiwania. Gdy przedstawiałam mój projekt padło pytanie: - Co wyróżnia twoją pracę? -Wyróżnia mnie tylko to – odpowiedziałam – że jestem wierna sobie.
Czy dom dał ci jakieś wyczucie sztuki?
Myślę, że tak. Chociaż ludzie w młodym wieku od sztuki odcięci, jak już się z nią zetkną, reagują z większą ciekawością i radością niż ci, którzy zawsze ją mieli na co dzień. Moi koledzy ze studiów mają po 20 lat, ja mam lat 27. Obserwuję ich reakcje. Jak się podniecają offowym życiem artystycznym, ciągną mnie na wernisaże, przekonując, że „w tym garażu wystawiają genialni artyści”. No dobrze, pójdę zobaczyć, ale później, na spokojnie…. Zazdroszczę im, dla nich wszystko jest takie nowe. Wyrosłam w środowisku artystycznym, mnie trudniej o olśnienia.
Jak wyglądało to środowisko, w którym wyrosłaś? Co dla ciebie było naturalne a dla twoich koleżanek ze szkoły już nie?
W szkole podstawowej zazdrościłam innym uczniom, że mieszkają w blokach. Zazdrościłam im biurek ze Smyka i tego, że mieli takie uregulowane życie rodzinne. O piątej jedli kolację, potem oglądali serial, którego ja nie mogłam obejrzeć, bo telewizor był wyłączony albo muzyka grała za głośno. Wszystkiego im zazdrościłam.
Tak było aż do momentu, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że powinnam chyba mieć stosunek mniej krytyczny do tego, co się dzieje w moim domu. Ten moment przełomowy nastąpił wtedy, gdy w nocy zawitali do nas Cyganie... Było ich ponad dwudziestu, wysypali się z olbrzymiej limuzyny. Najpierw zabrali nas na zakupy do sklepu nocnego. Nakupili masą jedzenia, kiełbas, jakichś trunków. W domu zaczęli tańczyć. Cyganie grali, Cyganki tańczyły. Miały piękne suknie, więc jak się kręciły, wraz z nimi kręciła się cała kuchnia. W jednej minucie nasz spokojny senny dom zamienił się w cygański tabor pełen jedzenia, alkoholu i muzyki. Zabawa trwała do rana. Następnego dnia w szkole ledwie żyłam ze zmęczenia. Koledzy z klasy zaczęli opowiadać, co wczoraj robili - poszli pod trzepak, zapalili papierosa. Potem, czy przedtem, obejrzeli ten serial, którego mnie nigdy nie udało się obejrzeć. A co ja miałam im powiedzieć? Że u mnie w domu do piątej rano dwudziestu Cyganów tańczyło po pokojach? Wtedy zrozumiałam, że może jednak mój dom ma jakieś zalety i że powinnam bardziej się z tego cieszyć.
Jak wyglądało życie codzienne na Saskiej?
Na początku, gdy byłam w szkole podstawowej, salonowe spotkania miały charakter polityczny. Były eleganckie, spokojne, bardzo kontrolowane, tak mi się przynajmniej wydaje. Kończyły się o północy. Miałam czas na odrobienie lekcji, a jeżeli tego nie robiłam, to z wyboru. Potem życie salonowe zrobiło się bardziej artystyczne. Goście zapominali, że piątek jest piątkiem, przychodzili we wtorek, środę i czwartek. Bywało tak, że nie mieliśmy gdzie spać, gdzie się podziać, no…mogliśmy spać w wannie.
Było nas czworo rodzeństwa. Spaliśmy w dwóch pokojach na zmianę. Najpierw ja ze starszą siostrą Mają w małym pokoju, a Matiną z Michałem w dużym. Później Maja w małym a ja Michał i Matiną, młodszą siostrą w dużym, jeszcze potem Michał był w małym a ja z Matiną w dużym. W tych przenosinach nie było nic niezwykłego. U nas w domu przemeblowania odbywały się bez przerwy, tak raz na miesiąc. Dlaczego? Może ktoś przyniósł mamie nową szafkę a może mama dała komuś krzesło i to zmieniało całą koncepcję wystroju. Zdarzały się też przemeblowania bez określonego powodu, chyba z potrzeby ruchu. Ja w tym nie widzę nic niezwykłego zważywszy, że świat jest w ciągłym ruchu – kręcimy się wokół słońca, ziemia kręci się wokół własnej osi, pogoda ciągle się zmienia. Dlaczego zostawić meble w spokoju, skoro też mogą się poruszać?
Czy między rodzeństwem nie było rywalizacji o uwagę matki?
Nie wydaje mi się. Bywało za to tak, że jak mama nie reagowała na słowo „mama”, to się wołało „pani Małgosiu!” i wtedy się odwracała. Tak zresztą jest do tej pory jest. Poszłyśmy ostatnio na pocztę, wołam „Mamo! Mamo!” i nic. A jak krzyknęłam „Małgosiu!” od razu zareagowała.
Nie byliśmy opuszczonymi dziećmi, które muszą zabiegać o względy matki. Mieliśmy nasz własny świat – statek kosmiczny pod łóżkiem. Nie byliśmy samotni, zawsze mieliśmy dużo znajomych. Do salonu przychodzili goście, którzy też prowadzili domy otwarte, tyle że o bardziej zdecydowanej orientacji, tylko dla artystów. Myślę tu o Marku Baumanie i Annie Tokarczyk, malarce. Kumplowaliśmy się z ich dziećmi.
Bawiliście się w salonie, przy gościach?
Jak byliśmy mali, urządzaliśmy przedstawienia. Teatr cieni, albo takie krótkie jakby sztuki. Pamiętam jedną z nich o Buddzie. Buddą był Michał, który miał wtedy 3 lata. Włożyliśmy do go wózka na makulaturę i woziliśmy po scenie, a on wygłaszał przepowiednie. Były też dekoracje, bardzo wyszukane, bo ruchome – drzewa się zmieniały. Duży był w tym udział Mai, która była najstarsza, ona rzucała pomysł a my go realizowaliśmy. Przy czym wszystko było bardzo na poważnie. Widzowie musieli usiąść a przedtem kupowali bilet, niedrogi za ileś tam groszy. Bilety kasowaliśmy starą, rodzinną maszyną do szycia, Singera. Fajnie się bawiliśmy i jeszcze z tych biletów zostawało nam na lody…
Jakie mieliście obowiązki domowe?
W czasie wieczorów salonowych zawsze pomagaliśmy. Nikt nam niczego nie narzucał, po prostu wiedzieliśmy, że jak jest taka sytuacja, to się postępuje tak i tak. Robiliśmy, co trzeba bez wskazywania palcem. Nasz udział w salonach polegał na otwieraniu drzwi, wieszaniu płaszcza, zamówieniu taksówki. Pozatym wymienialiśmy brudne szklanki i popielniczki. To było dla nas tak naturalne, że automatycznie nie myśląc o tym, zmywaliśmy naczynia bez przerywania rozmowy z gośćmi. U mnie to miało jeszcze inne konsekwencje.
Miałam w życiu trzech partnerów, teraz jestem z trzecim, za którego w przyszłym roku wychodzę za mąż. Każdy z nich uważał, że ze sprzątaniem ze stołu, to ja przesadzam. Na najlepszej imprezie a nawet w restauracji, zawsze jak widzę pełną popielniczkę albo niepotrzebny talerz, to natychmiast, odruchowo sprzątam. Teraz trochę wyluzowałam, ale długo nie potrafiłam się powstrzymać.
W liceum cierpiałam z innego powodu - ze względu na obowiązki salonowe zawsze spóźniałam się na prywatki. Zanim goście poczuli się jak w domu, tak że mogłam wyjść, na imprezie na którą byłam zaproszona, wszyscy byli po drinku. I co ja biedna trzeźwa mogłam zrobić? Zaczynałam sprzątać…
Jaki miałaś stosunek do gości, którzy bywali w Salonie?
Mieliśmy z nich zdrowy ubaw. Na przykład bywał u nas taki pan, specjalista od Joyce,a który zawsze zachowywał się w sposób… powiedzmy oryginalny. Pewnego ranka znaleźliśmy w zamrażarce jego czapkę przebitą gwoździem. Chciał sobie coś wbić do głowy, a że gwóźdź nie wchodził, więc go zamroził. Takich kabaretowych sytuacji było sporo.
Gdy trochę podrosłam, goście zaczęli mi się zwierzać, opowiadać o swoich sprawach. Mieli taką potrzebę, żeby usiąść i podzielić się swoimi problemami. A ja wielka pani psycholog je rozwiązywałam. Raz jeden poeta próbował mnie podrywać, ale mama go pogoniła.
Poznawałam też osobiście ludzi znanych, autorytety, oni wywarli wpływ na moje postrzeganie świata. Tak było na przykład z Josteinem Gaarderem, którego Świat Zofii przeczytałam w wieku 14 lat, co mnie oswoiło z filozofią i dało impuls do poszukiwań egzystencjalnych.
W liceum rówieśnicy zaczęli zazdrościć mi domu. Nie wiedzieli, że z mojego punktu widzenia to cokolwiek inaczej wygląda. Pamiętam jeden wieczór, gdy siedziałam z kolegą w piwnicy, bo w piwnicy też był pokój. Elegancki, z wykładziną i barkiem, służył mamie do montowania filmów. Wyskoczyłam na chwilę na górę po sok do picia. W salonie spotkałam trzech znajomych z liceum. I taki dialog: - Cześć, co ty tu robisz? – Ja tu mieszkam!
Ludzie w moim wieku, którzy trafiali do Salonu, byli zafascynowani miejscem, chcieli stać się jego częścią. My z rodzeństwem odbieraliśmy w zupełnie inny sposób. Na długi dystans taki dom był męczący. Chcieliśmy pomagać w przyjęciach, ale później mieć możliwość, odizolowania. Chcieliśmy samodzielności, przeżyć coś gatunkowo innego.
Miałaś 17 lat gdy wyprowadziłaś się z domu.
To był czas przed maturą, chciałam mieć kąt, żeby się skupić. Chciałam też być w swoim świecie, razem z kolegami, zamieszkałam w szkolnej bursie.
Mama nie protestowała?
Rozumiała, że muszę się uczyć. Martwiła się. Potem się zakochałam i zamieszkałam z Danielem. Jego mama znała moją. Tyle lat minęło, a one ostatnio zaczęły się przyjaźnić, kiedy się dowiedziałam, byłam zaskoczona. Zresztą Daniel też w pewnym momencie okresie pomieszkiwał na Saskiej, na prawach domownika – porządkował, wbijał gwoździe, na czymś tam grał podczas koncertów.
Czy mama prowadziła z tobą jakieś poważne rozmowy? Na temat seksu? Sztuki? Drogi życiowej?
Tak. Rozmawiałyśmy na temat wyborów życiowych, partnerstwa. Nie zawsze moje pomysły jej się podobały. Ale zawsze chciała być pomocna. Myślę, że z powodu przyjęć i gości, miała poczucie, że nie poświęca nam dostatecznie dużo czasu. Więc w momencie, gdy wchodziłam w jakąś nową sytuację w szkole czy z chłopakiem, zawsze była obecna. To nie było tak, że decydowała za nas wszystkich, albo na coś nie pozwalała i kropka. Gdy coś się wydarzyło w domu – na przykład miała nowego partnera, czy ktoś nam komplikował życie – to zwoływaliśmy naradę rodzinną. Siadaliśmy przy stole i każdy mógł powiedzieć, co myśli.
Pamiętam taką naradę na temat Linasa, który był wtedy partnerem mamy i ona chciała, żeby z nami zamieszkał. Nie pamiętam przebiegu dyskusji… Najważniejsze było, że my, dzieci, nie mieliśmy do niego zaufania. On był od mamy młodszy o 20 lat. Niektórzy brali go za mojego chłopaka. Tak naprawdę, nie ufaliśmy mu tylko z powodu jego wieku. Dopiero gdy Linas odszedł, gdy się rozstali, doceniliśmy jego zalety. Zrozumieliśmy jak potrzebny był mamie i jak głęboka była ich relacja. Ja nie lubiłam jego obrazów i rzeźb, odkryłam jak wspaniałe są to dzieła po czasie. Chyba byliśmy zazdrośni. W ogóle teraz widzę to wszystko inaczej. On miał wtedy 27 lat, tyle co ja dziś. Miał do czynienia z czwórką dzieci niechętnie do niego nastawionych. Starał się z nami porozumieć i coś nam z siebie dać. Myślę, że był bardzo dzielny.
Czy Salon wywołał w twoim życiu jakieś nieoczekiwane następstwa?
Przez Salon przewijały się masy ludzi. Gości było dużo, zmieniali się też partnerzy mamy. Ludzie pojawiali się w naszym życiu, byli naszymi przyjaciółmi przez pięć lat, a potem nagle z dnia na dzień znikali. Trzeba było pogodzić się z faktem, że taka osoba nie wróci. To bardzo na mnie wpłynęło. Cokolwiek by się działo w moim życiu, jestem w stanie bardzo szybko przyzwyczaić się do nowych ludzi i do nowych sytuacji. Może to i dobrze. Ale z drugiej strony zdarza mi się żałować, że nie potrafię tęsknić. Że idę do przodu zapominając o przeszłości, jakby nie była ważna.
Co dał ci Salon?
Nauczyłam się rozpoznawać różnego typu charaktery ludzkie. Napatrzyłam się na tyle rodzajów potworów i aniołów, że i jedni i drudzy nie są mi obcy. Gdy człowiek pozna bardzo dużo ludzi, nabiera intuicyjnego wyczucia, kto jest kim. Jestem może mniej naiwna niż dziewczyny w moim wieku. Wiem, że nie warto zwracać uwagi na to, co ludzie o tobie mówią. Jeżeli nikogo się nie krzywdzi, to powinno się podążać za swoimi marzeniami. Poza tym nauczyłam się od mamy, że pewnych granic się nie przekracza. Ludzie, którzy zachowywali się nieodpowiednio, do Salonu wstępu nie mieli.
Salon dał mi też dużą pewność siebie. My trzy siostry jesteśmy raczej przebojowe. Wiemy jak rozmawiać z ludźmi na różnych poziomach.
Pewność siebie bardzo przydaje mi się na uczelni. Nie boję się wyzwań ani rzeczy nowych. Sądzę z założenia, że łatwo mi przyjdą. Nie wstydzę się stanąć przed 40 osobami i zreferować wyniki mojej pracy. Zawsze jestem wśród trzech pierwszych osób, które zgłaszają się do odpowiedzi. I robię to bez oporów, z przyjemnością.
Dlaczego zdecydowałaś wyjechać z Polski?
Żeby nauczyć się angielskiego, trochę się usamodzielnić. I żeby doświadczyć ekscytującego życia w wielkiej metropolii. Zostałam dłużej, niż przewidywałam. Nie wiem, czy Anglia to port docelowy. Może osiądziemy z mężem w Hiszpanii. Wychodzę za Martina, o jedenaście lat starszego, którego poznałam prawie pięć lat temu na jego urodzinach. Jest biznesmenem, ma firmę eventową. Stara się teraz ze swoim bratem założyć nowe przedsiębiorstwo w Nigerii. Mama poznawszy go, powiedziała mi że jest dobry, lojalny i ciepły i że na pewno mnie nie skrzywdzi. Nie miała tak dobrego zdania o Darku, moim poprzednim chłopaku. Nie słuchałam jej rad, a nasz związek się rozpadł. Z wiekiem nabrałam więcej zaufania do jej opinii i doświadczenia.
Jakich błędów swojej mamy będziesz unikać?
Tak wielkiego oddania ludziom jak jej. Mama jest trochę naiwna, daje z siebie za dużo nie zyskując nic w zamian. Ma problemy z wynagradzaniem siebie, ze sprawianiem sobie przyjemności. Myślę, że teraz się tego uczy. Zawsze tak intensywnie zajmowała się innymi, że nie miała czasu dla siebie. Wydaje mi się też, że nie najlepiej dobierała partnerów. Z mojego punktu widzenia nie dbali o nią tak, jak mężczyzna powinien dbać o kobietę. Zostawiali codzienne sprawy tylko na jej głowie, a ludzie powinni dzielić się obowiązkami. Dlatego właśnie chcę wyjść za Martina. Bo on o mnie dba.