Spotkanie z Marią Anto miało miejsce podczas dni Białoszewskiego w 2003 roku. Po pewnym czasie, przyszedł czas na spotkanie w kuchni na Saskiej. Te rozmowy okazały się twórcze.Maria marzyła o monografii, o albumie, który ujawni, ukarze jej dorobek twórczy. Czuła sie na uboczu. Brak wystaw, bark zainteresowania do którego nawykła bardzo ją uwierał. Nadszedł czas Wizyt w domu Marii, domu pełnym zwierzaków, bibelotów, whisky, muzyki, rozmów przy pięknie nakrytym stole, wreszcie doszło do rozmów uintymnionych.
Fatalny magnetofon, brak kaset - wszystko utrudniało komfort "notowania' opowiadanych anegdot. Maria mówiła jednoczesnie o wszystkim. Mieszały się doświadczenie artystyczne, wzuszenia poetyckie, pamięć o rodzinie, przeszłości....niełatwo było uchwycić porządek opowieści. Nagrane rozmowy rwały się. Miałam jeden cel...uchwycić jej świat namiętności, wizje i pamięć. Jedna z najtrudniejszych rozmówczyń w moim osobistym i zawodowycm życiu przy każdej okazji, kiedy "ujawniała" swoją intymną strone inspiracji....nagle chowała się za pozą pryncypalności. Kontrolowała każdą wypowiedź a jednoczesnie chciała być przyłapana na lekkości opowiadania. Kiedy opowieść Marii nabrała kształtu, wydawnictwo MUZA w osobie pani Małgorzaty Czarzastej podjęła się wydania albumu monograficznego MARIA ANTO.
Małgorzata Bocheńska
zapis rozmów.
Zanim historycy sztuki zajmą się analizowaniem twojej twórczości i osobowości proponuję Mario zająć ich miejsce i przybliżyć się do twojego świata.Gdybyś miała siebie scharakteryzować, opisać to, co byłyby pierwszorzędne?
Jestem malarką, natchniona amatorką W tym świecie, w którym nie ma spokoju, poczucia bezpieczeństwa, żadnej pewności, radość jest krótkotrwała, nadzieja trwa, a demony nonszalancko spacerują po trotuarach, w tej wędrówce malowanie jest mi niezbędne.
Poezja porusza moją wyobraźnię, pojedyncze kartki z ulubionymi wierszami noszę po kieszeniach. Głowę mam pełną wierszy. Myślę też, że jestem świetnym odbiorcą cudzej twórczości mówię tylko o tych artystach, którzy mnie zachwycają.
Jesteś wychowana, kształcona na pannę z dobrego domu...,
Jestem jedynaczką, ale wychowałam się w gromadzie dzieci. Mieszkaliśmy na ulicy Rozbrat. Krystyna, przybrana siostra, Joasia - siostra cioteczna, Konstanty – brat przyrodni, przyjaciel Konstantego, Jerzy, którego ojciec zginął podczas wojny. Z nami był jeszcze Jurek i Marek, bracia stryjeczni. Mieliśmy swój język, kod, nim się porozumiewaliśmy Kostek nazywał mnie Fruzia. Ciotki Zosia i Jadzia panowały nad nami. Ważną postacią w rodzinie była ciocia Marysia Egiersdorff. Ona nauczyła mnie czytać, pisać... W domu było pianino, mama na nim często grywała, ja też. Na szczęście nie zostałam wirtuozem, po prostu nie nadawałam się do tego. Prawdziwą moją pasją było żeglarstwo, na żoliborskiej przystani spędzaliśmy całe godziny Kochałam włóczyć się z kuzynami po uliczkach, ogrodach, opuszczonych domach żoliborskich... Chłopcy marzyli o dalekich rejsach a ja, że w tym miejscu chciałam kiedyś zamieszkać. Nigdy nie zapomnę jak którejś niedzieli ojciec z tajemniczą miną zabrał mnie i mamę na przejażdżkę mówiąc, że ma dla nas niespodziankę. Całą drogę czułam, że jedziemy do moich ogrodów. Udawałam, że śpię. Kiedy samochód zatrzymał się wiedziałam, że jesteśmy na miejscu, nie wiedziałam tylko, że całe godziny przesiadywałam z chłopakami w ogrodzie moich dziadków. To ojciec odbudował nasz żoliborski dom i tu mieszkamy.
Twój dom jest galerią wspomnień, zdjęcia rodzinne, obrazy pradziada, znamiona polskiej historii i sztuki.
Rzeczywiście historia i sztuka splatały się czasem w życiu mojej rodziny. Pradziad Ignacy Jasiński, malarz, powstaniec styczniowy, zesłaniec syberyjski, patrzy na domowników z wysokości ram swojego autoportretu. Lubię z nim rozmawiać, czuję jego obecność, widzę jego spojrzenie. Stryj Ignacego, generał Jakub Jasiński, jakobin, przysporzył swoimi poglądami sporo kłopotów Tadeuszowi Kościuszce. Był miernym poetą lecz wybitnym żołnierzem, zginął w słynnej bitwie pod Olszynką Grochowską. Jest w Warszawie ulica jego imienia. W Krakowie też. Pamiątki po Jakubie rodzina przekazała Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. W domu pozostały pamiątki po Ignacym: rysunki, obrazy, dzienniki pradziada pisane i rysowane w drodze na Sybir.
Matka ojca, Maria z Jasińskich, Czarnecka, była malarką. Zaczęła rysować w wieku czterdziestu lat, po odchowaniu dzieci. Prace wykonane w szkole im. Wojciecha Gersona, pokazała rodzinie dopiero, kiedy odniosła pierwsze sukcesy.
Matka mamy, Natalia z Rosińskich, Egiersdorffowa była utalentowaną pianistką. Uchodziła za „skończoną piękność”. Do posiadłości dziadków bez względu na pogodę, zjeżdżali goście z odległego sąsiedztwa, żeby posłuchać jak babcia gra. Nie wiemy, czy ponosili te trudy podróży dla jej talentu, czy dla jej urody.
Niewiele jest już rodzin w Polsce, które znają i pamiętają sagę rodzinną.
Jak to? Z tego, co wiem jest wiele rodzin, które nie tylko pamiętają, ale zapisują historie swoich rodzin. Ja nie mam na to zdrowia. Patrzę na drzewa genealogiczne Egiersdorffów, Czarneckich, Jasińskich i ciągle brak mi energii i czasu, aby się tym zająć. Moja matka Nelly z Egiersdorffów, Czarnecka miała dwie siostry i dwóch braci. Mimo katastrof wojennych ocalały jednak niektóre zdjęcia. Jest na przykład fotografia (zrobiona przez guwernera chłopców) na której widzimy babcię Aloizę z, Małachowskich, Rosińska w otoczeniu wnuków i wnuczek. Ojciec Aloizy był potomkiem Stanisława Małachowskiego, Marszałka Sejmu i współtwórczy Konstytucji 3 maja. Jest w Warszawie plac jego imienia.
Rodziny mają swoje tradycje. Zawsze jest ktoś, kto je pielęgnuje, kontynuuje. Należysz do tych patronów, którzy przekazują pamięć o bliskich, ale czy jest jakiś obyczaj, tradycja, którą przejęłaś jak to się mówi z mlekiem matki.
Tradycję tworzymy przez powtarzające się zachowania, które wynikają z naszych głębokich upodobań i potrzeb. Wychowano mnie w przekonaniu, że pewne tematy stanowią tabu. Na przykład nigdy w rodzinnym domu nie mówiono mi o śmierci. Czasy były zbrodnicze, z dziećmi nie rozmawiało się o polityce. Polityka kojarzyła się ze śmiercią. Mówiło się natomiast o historii i patriotyźmie, o postawach. O muzyce. Ojciec na rodzinnych koncertach grywał na wiolonczeli.
Przerwałam milczenie. Nie mamy tematów tabu. Jedną z tradycji naszego domu stały się rozmowy o sprawach ważnych. Rozmawiamy z najbliższymi i przyjaciółmi o tym, co jest najważniejsze. O sprawach życia i śmierci. A sztuka jest częścią życia, śmiertelnie poważna ... Skoro można dla niej dokonywać niewiarygodnych wyrzeczeń.
Czy te wyrzeczenia stały się twoim udziałem?
Nie poświęciłam żadnych ważnych spraw. Wychowałam czworo dzieci, zbudowałam dom, maluję. To sprawa determinacji. Taka jedność między sztuką a rodzinną codziennością uważana jest za bardzo kobiecą cechę. Moje malarstwo jest kobiece. Mówią, że sztuka nie jest płciowa, a jednak cechy psychiczne przekładają się na obraz. To, że jestem kobieta zwiększa moje możliwości, jeśli chodzi o wyraz, ale też stawia większe wymagania.
Dla mężczyzn sztuka jest powołaniem... I kiedy dzieci wrzeszczą a żona nudzi... odchodzą. Nie mogłabym dla malarstwa porzucić domu. Gdybym nie miała wyboru, przestałabym malować. Choć wówczas czułabym się tak, jakbym uszła ze mnie cała krew.
W twojej pracowni są dzienniki, (kalendarze) od 1971 roku. Czy to zapiski, czy spis spraw do załatwienie, powinności?
Wszystko: kupiłam marchew zapłaciłam tyle a tyle, poszłam z dzieckiem do ortodonty, wizje obrazów, sny, również moje przemyślenia, (pożal się Boże).
Między 1971 rokiem a 2003 – czyli 32 lat, to jest całe twoje dorosłe życie. Ile rzeczy niepotrzebnych wykonałaś.
Masę...ale wszystko jest potrzebne i naturalne. Wiedziona instynktem samozachowawczym przechodzę górą nad tym całym zgiełkiem.
Jesteś znana jako osoba bardzo towarzyska, bardzo otwarta, ale despotyczna.
O, Boże. Jeżeli tak jest, to jest wyższa konieczność. Niczego na ludziach nie wymuszam. Czasem moje otoczenie stawia mnie w takiej sytuacji, że nie ma innego wyjścia. Żeby wszystko grało. Czuję się odpowiedzialna za prowadzenie tej łodzi. Życie codzienne stanowi przecież treść życia.
Nie za dużo od siebie wymagasz?
To ani moja zasługa ani moja wina, po prostu moje życie. Czy nie za dużo od siebie wymagam? Nie, odwrotnie, nieprzejednana w swoim poczuciu obowiązku była moja mama, ja szukam usprawiedliwień. Rodzice byli świadomi tego, że jeżeli wyizoluję się od domu to nic nie będzie z mojego malowania. Pomagali mi. Mama prowadziła dom. Była. Gdy moje dzieci były małe malowałam nocami. Kiedy byłam na Akademii, potrafiłam co trzy godziny przyjeżdżać na Żoliborz żeby nakarmić dzieci piersią... Byłam tym zachwycona, pracowałam bez wytchnienia. Z Akademii wychodziłam ostatnia, zamykając frontową bramę razem z woźnym Wisienką,. Teraz staram się prowadzić dom w sensie tradycyjnym, jak moja matka i ciotki. Nigdy im nie dorównam, to jasne, ale staram się. Piorę, zmywam, gotuje, piekę, szoruję, ogarniam, marynuje, pielęgnuję ogród, karmię psy, koty. Czasem przyjmuję gości. A wszystko to robię niedokładnie, nieregularnie.
Teraz rozumiem dlaczego tak ważne są dla ciebie plenery, dlaczego musisz wysiąść z łodzi, która nazywa się domem. Wyobrażam sobie, że to dla ciebie nie łatwe.
Zdecydowanie trudne. Ale już klamka zapadła. Kilometry dzielą mnie od Warszawy. Rodzina wie, że matka wyjechała malować i akceptuje ten grzech. Oni zresztą traktują to normalnie. Mówią: nawet foka czy delfin muszą co pewien czas się wynurzyć, żeby zaczerpnąć tchu. To ja jestem egzaltowana i przesadzam To ja w przekonaniu, że sprzeniewierzam się moim domowym obowiązkom, usiłuję odkupić winę. Maluję jak oszalała, jedno płótno za drugim. „Ile” pozornie trywialne, bo wiadomo, że nie ilość a jakość.... Ale nie w przypadku gdy kolejne płótno jest „odkupieniem win”. Mam świadomość, że to jest dziwactwo. Ale kto powiedział, że nie mogę być dziwaczką?
Gdy maluję na Plenerze, tak przemawiam w myślach do męża:. Przekonasz się, że warto było, udowodnię ci, że dobrze zrobiłeś, gdy kolejny raz przywiozłeś mnie do Białowieży.. On rzecz jasna, o tym nie wie, ale gdy przyjeżdża po mnie – widzi, wiem, bo ja też to widzę, że te obrazy są istotniejsze (przez to prawdopodobnie lepsze). A tytuły powtarzają się „Pejzaż dla ciebie” Zwierze dla ciebie” albo po prostu „ Dla ciebie”.
Białowieża, to ważny rozdział w twoim życiu, powiedz mi coś więcej.
To był mój drugi dom.W Białowieży budziły się we mnie potencjały, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Są tam miejsca, gdzie możliwe staje się to, co gdzie indziej było niemożliwe. Puszcza zatrważa, ale i wyzwala we mnie nową energię. Pierwszy raz trafiłam tam trzydzieści parę lat temu. Namalowałam tylko peron i stojącą na nim walizkę, a w dali las. Wiadomo było, że znalazłam się tam przejazdem. Puszcza dla mnie to majestatyczny fakt, ale nie tak ważna, jak miejsce gdzie malowałam. Miejsce gdzie wiewiórki wchodziły przez balkon. Park pałacowy miał tyle zawiłości, tajemnic tam chodziłam na spacery i zawsze znajdowałam coś wspaniałego. Za drugim razem już wiedziałam co malować Przyjechałam, zdjęłam palto, złapałam pędzel i malowałam trzydzieści godzin bez przerwy, aż do omdlenia. Malując, straciłam rachubę czasu.. Duchy Białowieży pozwalają zobaczyć więcej. Odkryłam tu miejsca mocy. Uroczyska pradawne. Najbardziej znaczące prace powstały w Białowieży. Niestety, ten budynek, w którym były pracownie, sztalugi i ślady trzydziestoletniego malowania już nie istnieje, został rozwłóczony przez spychacze. Plenery w Białowieży skończyły się, teraz jest Sandomierz. Ale pozostały bolesne i jednocześnie radosne wspomnienia, które mi dają siłę. Znalazłam takie motto (do jednego z rozdziałów Alefa Borgesa ): Wiedział, że na odległych plażach złotych jego są przecież skarby zakopane. Łatwiej mu było jarzmo losu znieść. Poczułam jakbym znalazła drogę do domu. Boję się jak ognia tego, żeby zaangażować się w coś, a potem spojrzeć i powiedzieć „ to nie tak miało być”. W byle jakość iść – to lepiej w nic.
Powiadają o Tobie Mario, że jesteś „zwierzęciem plenerowym”.
W całym tego słowa znaczeniu. Minęły dziesięciolecia, wydarzyło się wiele różności, pomińmy to. W tym wszystkim plener, jak się okazuje, jest dla mnie ważny. Plener rozbudza intelektualnie, sprzyja otwartości, szczerości. Poza tym konkurencja mobilizuje. Plener to rozmowy o sztuce, o warsztacie, fascynujące rozmowy artystów. To się liczy. Nawet najmniejsza wioska a w niej Plener, JA MALUJĘ!. Przypisuję Plenerom rolę metafizyczną, zawiłą i zachwycająca. To nie jest w moim przypadku tradycyjne studiowanie natury, raczej przenoszenie się do innego wymiaru.
Innego wymiaru?
Malowanie jest wędrówką. Moje wędrowanie rozpoczyna wizja, która przychodzi nagle. No i zaczyna się. Panika. Panika, dlatego, że to, co mam namalować jest z innego wymiaru.. Boję się, że temu nie sprostam. Trwożę się na wyrost. Nie mam lekkiego temperamentu, mój temperament jest mroczny, gwałtowny i skłębiony, nie ma tu mowy o żadnej lekkości, doświadczam ekstremalnego zagrożenia. To jakby mówić sobie...”nie bój się, już tyle razy lew cię rozszarpał”... Więc kiedy już przejdę przez strach, zaczyna się zmaganie. Robię wszystko żeby nie zdać się na żadne przypadkowe efekty malarskie, choćby były najśliczniejsze.” Całe to działanie, cały mozół jest po to, żeby nie umknęła wizja, żeby się jej nie sprzeniewierzyć. Jestem czujna.
Maluję spontanicznie, w uniesieniu i za każdym razem, gdy staję naprzeciw białego płótna, odczuwam taki sam przejmujący lęk. Jakbym zaczynała pierwszy obraz w życiu. Nie maluję snów, to są wizje, czasami nie muszę nawet zamykać oczu, by w jednej chwili zobaczyć cały gotowy obraz.
Staram się zasypać przepaść pomiędzy wyobrażeniem a tym, co pojawia się na płótnie. Wizje noszę w sobie. Czasem jest tak dokładna jak ją namalowałam. Niekiedy odchodzi i nie maluję jej. Przychodzą do mnie gotowe obrazy. Całymi stadami.
Bywa, że jestem tym obezwładniona, wtedy zapisuję własnym kodem tematy np. zielony koń na jasnej żółtej ciszy; stół i gwiazdy latają; jasna pani kroczy w prawo... To się wydaje tanie, ale takie zapisy przyprowadzają mnie do wizji.
Czym jest dla ciebie tworzenie?
Ustanawianiem obrazu. Malować może każdy, no prawie każdy, ale ustanawiać obraz to jest co innego. Ustanawianie obrazu to jest proces, podczas którego decyduje się, jaki ma być ten obraz. Co on ma wyrażać, nie co przedstawiać. Ustanawianie obrazu, to jest akt twórczy. Jestem bardzo czułym medium. Kiedy rozpoczyna się malowanie, nie myślę o formie, chociaż w trakcie pracy aby wydobyć ekspresję, świadomie dążę do dysonansów. Nie wiem jak się dochodzi do doskonałości, to jest dla mnie tajemnica. Dla mnie, która nic innego nie umiem robić poza tym, że maluję. Jest ogromna fascynacja i to mi wystarczy do szczęścia. Ustanawianie obrazu....to jest tajemnica
Tajemnica?
Co krok tajemnica? Proces tworzenia - tajemnica. Magia obrazu – tajemnica. Dlaczego muszę się tak męczyć? Też nie wiem. Próbowałam, a jakże „wkręcić się” w profesjonalizm. Nic z tego. Moi koledzy profesjonaliści, potężni malarze, nie mają problemu z zaczynaniem obrazu, mają raczej problem z pogłębieniem obrazu. Obserwuję ich na plenerach. To budujące, ale...W praktyce niewiele dla mnie z tej obserwacji wynika. Uczciwiej będzie stwierdzić, że zazdrość mnie zżera, gdy widzę jak przystępują do pracy: z powagą, metodycznie, ze świadomość swoich możliwości i swoich ograniczeń. Jednym słowem zachowują się jak dorośli
ludzie. To To dla mnie niedostępne... Ja mam na płótnie i w sobie chaos. Taką mam konstrukcję psychiczną? twórczą? Maluję, kiedy mnie napada: nagle zaczynam malować i trwa to tygodniami. „Napada mnie” trzy, maximum cztery razy na rok. Im więcej pracuję, tym więcej przychodzi do mnie następnych obrazów.
Poszukiwanie jest nieustające. Niczym nie podobna zastąpić tego stanu. Może właśnie tutaj kryje się jakiś sekret, nic nie jest do końca jasne. Wiele musiałam przejść, nauczyć się, doświadczyć, żeby odejść od płaskiego malarstwa dekoracyjnego, od którego zaczynałam, do malarstwa przestrzennego, rozświetlonego, ukazującego głębie i kolor.. Plastyczne uzewnętrznienie myśli, musi być usankcjonowane. Tego spodziewam się po malarstwie.
Mogę wołać za Rimbaud’em: O moje Dobro! O moje Piękno! Okrutna fanfaro, przed którą nie zadrżę! Czarodziejskie sztalugi.
Kiedy tak malujesz w zatraceniu, zapominasz o warsztacie?
Kiedy jestem rozkręcona, zawsze udaje mi się doskonale przełożyć wizji na materię.
Obraz może być lepszy lub gorszy, ale po to, żeby zaistniał musi być bardzo poważny powód. Nie może być o niczym, powstać z niczego. Warsztat i wyobraźnia nie mogą się utożsamiać. Fascynacja tym zajęciem jest nieprzemijającą. Nie ma dnia, żebym się nie cieszyła że Pan Bóg tak mnie obdarował. Nie ma tu żadnej pozy. Trzeba się z tego przyzwoicie wywiązać.
Gdybym mnie zapytano, kiedy odczuwam prawdziwa satysfakcję, odpowiedziałabym, że w tych nielicznych chwilach, gdy jestem nieprzejednana.
Przedstawiasz siebie jako damę z jednorożcem, kocicę w krynolinie, syrenę, anioła
Dlaczego?
Bo moje malarstwo to autoportret totalny. Osłaniam jednak swoją intymność. Często portretuję rodzinę i zwierzęta które ze mną mieszkają. W pierwszym związku byłam tak zachwycona rolą młodej matki, młodej malarki... bezustannie malowałam siebie, męża , dwie dziewczynki, potem bobaska. Do dziś mam poczucie winy, że z rodziny uczyniłam element dekoracyjny, bez żadnego pogłębienia posługiwałam się naszym grupowym wizerunkiem
Teraz jestem starsza, uczciwsza w stosunku do siebie, maluję nie wszerz, ale w głąb.
Rodzina i obrazy: bezmiar fascynujących zdarzeń. Chcąc kiedyś pogodzić zwaśnioną rodzinę namalowałam obraz „Przy stole”. Wokół stołu posadziłam nie żyjących już przodków, dzieci, kuzynostwo, na kolanach córek obie wnuczki, a między siedzącymi dwaj aniołowie. Tym sposobem wywróżyłam przyszłe pokolenia. Najważniejsze, że z czasem, rodzina się pogodziła. Trochę to potrwało. Mam wielki sentyment do tego obrazu.
Czy mężczyźni odegrali rolę w twojej twórczości?
W małżeństwie moi partnerzy byli moim sojusznikami i sprzymierzeńcami.
Dedykowałam swoim mężczyznom wiele obrazów. Nie mam temperamentu awanturnicy, ale namiętność była dla mnie zawsze mocnym motorem. Nawet zafascynowanie owocowało wydarzeniem artystycznym. Kiedy przychodziła miłość i była najbardziej gwałtowna, powstawały moje najlepsze obrazy. Artysta jest po to, aby zdawać sprawę z siebie samego.
Każdy z nas - choćby był otoczony najbardziej życzliwymi ludźmi, jest w gruncie rzeczy samotny. Ale, nawet w najtrudniejszych chwilach możemy odnaleźć w sobie wewnętrzną, łagodną siłę ducha, pozwalającą przetrwać. Jesteśmy sami, ale nie osamotnieni. Żeby opanować swoją samotność, wymyśliłam sobie przyjaciela. Piszę do niego listy. Piszę mu o wszystkim, o malarstwie oczywiście również piszę. Jest mężczyzną, malarzem, mogę mu o wszystkim powiedzieć. Kreacja. Ktoś taki, co dużo rozumie i niczego nie wartościuje. Może jest to potrzeba komunikowania się z własną podświadomością?
Zwątpienie często jest moim udziałem, ale malarstwo to część mnie. W nim zawsze znajdywałam ratunek, nigdy nie zrobiło mi zawodu. Malarstwo daje przestrzeń.
Mam klaustrofobię, w tunelu się duszę, do kopalni nie zjadę, w windzie dostaję paniki. Nigdy nie namalowałam zamkniętej przestrzeni. Moja choroba jest błogosławieństwem dla moich obrazów.
Od czego zaczęło się twoje malowanie?
Drogę wyznaczyła mi dziecięca przyjaźń z Basią Sieroszewską. To ona zaprowadziła mnie za rękę do Ogniska Plastycznego. Jako smarkata dostałam się do Liceum Sztuk Plastycznych, (tam uważana byłam za malarski antytalent ale wszyscy mnie lubili). Egzamin na ASP zdałam z bardzo dobrym wynikiem. Mając siedemnaście lat, trafiłam do pracowni profesora Stefana Płużańskiego. Miałam szczęście. Profesor nigdy nie narzucał mi swoich zasad, jak koloryści, którzy w tym czasie rządzili. Ale oczywiście rozmawiał ze mną, obserwował, przynosił mi książki i albumy z reprodukcjami. Na tym według niego polegał rozwój młodego człowieka. W testamencie zapisał mi symbolicznie jeden pędzel i jedną farbę.
Następnym moim mistrzem był prof. Michał Bylina, on również pozwolił mi na samodzielny rozwój. Od Akademii długo nie mogłam się odczepić, potrzebowałam tego gniazda. Ciągle coś wymyślałam, chciałam się uczyć.
Akademia twoich lat to koloryści, poza Akademią abstrakcjonizm. W twoim malarstwie nie ma śladu tych tendencji..
Bo to był przymus artystyczny, któremu nie chciałam i nie mogłam się podporządkować.
Nie interesował mnie koloryzm narzucony przez prof. Eibischa czy Cybisa.
Nie należałam nigdy do żadnej grupy, zawsze byłam osobna...Wynalazłam coś, co przeciwstawiało się modzie na abstrakcjonizm. Malowałam instynktem.
Nie sugerowałam się żadną opinią, żyłam poza tym.
Właśnie wtedy na Akademii, zbuntowałam się i nie całkiem świadomie wybrałam konwencję mogącą budzić skojarzenia z malarstwem naiwnym. Mnie malarstwo naiwne urzeka. Nikifor, ten wizjoner, był genialnym malarzem. Podziwiam jego kolorystykę, instynkt. Bardziej dopracowane obrazy to są po prostu arcydzieła, bez względu na format.
Czy kiedykolwiek starłaś się przekonywać krytyków do swojego malarstwa.
Nie, broniłam się swoim światem.
Los mi sprzyjał: w 1963 roku dostałam w Padwie główna nagrodę za obraz Widzenie św. Antoniego.
Niedługo potem Ryszard Stanisławski (dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi) pokazał dwanaście moich obrazów na Biennnale Sao Paulo.
Gdy madeszła wiadomość z Padwy, że twój obraz Widzenie św. Antoniego otrzymał nagrodę, jak zareagowali twoi profesorowie, jak zareagowała Akademia?
Na Akademii huczało. Wiadomość o nagrodzie wywołała sensację: jak to możliwe ,żeby obraz nikomu nie znanej malarki wygrał międzynarodowy konkurs? No, może na Akademii byłam znana z tego, że zawsze chodziłam z dwiema malutkimi córeczkami. Profesor Bylina był ze mnie taki dumny, a prof. Płużański bardzo kontent: nagrodzony obraz namalowałam w stylu wczesnego renesansu włoskiego i w stylu Bractwa świętego Łukasza. A prof. Płużański był członkiem tego Bractwa.
Co na to krytycy polscy?
Z tego co pamiętam, tylko Anna Szczypińska napisała. To było w czasach kiedy nie mówiło się głośno o sprawach Kościoła i religii, a tu święty Antoni i Katedra w Padwie. Gdy jechałam odebrać nagrodę czułam się tak jakbym taranowała jakiś ciężki, niewidzialny szlaban. To był mój pierwszy wyjazd zagranicę. Teoretycznie nie było już żelaznej kurtyny, ale mało kto wówczas jeździł na zachód.
Czy w Polsce była ten obraz pokazywany?
Nie, on przeszedł na własność katedry Padewskiej. Gdzie są freski Giotta i Masaccio.
Czy byłaś na tej wystawie pokonkursowej?
Nie zdążyłam, ale później tak, braciszkowie franciszkanie gościli mnie.
W tamtych czasach to było jak przerwanie granicy. Teoretycznie nie istniał już żelazna kurtyna, ale mało kto wówczas jeździł na Zachód.
Co ukształtowało ciebie, twoje malarstwo?
Na mojej drodze stawali ludzie wybitni. Pozostawiając we mnie swój ślad. Kiedy byłam bardzo smarkata wszystko we mnie wsiąkało jak w bibułę. Wszystko było dla mnie bezcenne, ważne, piękne. Wszystko, co mówił mi Michał Walicki czy Profesor Płużański, czy profesor Bylina, czy Teodor Szczepański, poeta, ich wiedza o malarstwie, o sztuce, świadomość najżywotniejszych problemów życia, tworzyła mnie – uświadomiłam to sobie po latach. Co mi przekazali, moi profesorowie w rysunku czy malarstwie może nie było tak ważne jak to, że być artystą, malarzem to jest powołanie, misja. Ta praca nie daje przywilejów, raczej żąda wyrzeczeń. Rodzaj ślubów zakonnych. Teraz nawet nie wypada tak myśleć. Oczywiście z biegiem lat wytraciłam trochę, ale baza została.
Niezależnie od tego, co który z krytyków mi sugerował, byłam zafascynowana malarstwem włoskiego Quatrocenta, alemoim ukochaniem jest Gaugnin i George de la Tour. To magiczni malarze.
Twórczość jest dana przez Opatrzność. Artur Nacht –Samborski, kolejny czarodziej. Jego malarstwo to zjawisko, jego zieleń to symfonia. Dla mnie jest najlepszym kolorystą świata.
Kolor zielony to również jego stosunek do świata, ludzi i sztuki. Ponieważ kolor zielony jest nadwartością, jest metafizyczny. Jego postawa życiowa była zdominowana przez malarstwo. Nawet w czasie wojny nie ukrywał się, żył jawnie, nigdy nie założył opaski z gwiazda Dawida, zmienił tylko nazwisko na Samborski. Żył ponad tą rzeczywistością zbrodniczą, trwał w malarstwie.
Maluję ze świadomością, że ktoś czeka na moje obrazy.
Profesor Płużański powiedział kiedyś tak: ”swoim malarstwem nie zadowolisz wszystkich ludzi. Gdy będziesz miała osiem tysięcy zwolenników, zatrzymaj się, zastanów. To sygnał alarmowy: być może robisz tandetę? Gdy będziesz miał ośmiuset zwolenników, możesz powiedzieć, złapałam Pana Boga za nogi, a kiedy będziesz miała ośmiu zwolenników, możesz powiedzieć, mam dla kogo malować”.
Kiedy maluję, mówię wiersze. Oczywiście nie ilustruję wierszy. Ich klimat, bo nawet nie treść, jest dla mnie koniecznym bodźcem. Mogą to być wiersze Eluarda, Rilkego, Rimbaud’a, Walickiego, Leśmiana, Miłosza, Szczepańskiego, Gałczyńskiego. Powiedziałam, że nie ilustruję wierszy ale jest wyjątek, wiersz Paula Eluard’a .......pt. Sen z 12 listopada, (w tłumaczeniu Jana Kotta) który malowałam wiele razy.
Góra z białego kamienia
Przesuwa się z prawa na lewo
Jak barka bez pasażerów
Po niewidzialnej rzece.
Światło dało materię
Balonom szarych kwiatów
Które przechodzą przed górą
Z lewa na prawo.
Latająca dziewczyna
Powoli do mnie schodzi
Nie może śpiewać na wietrze
Nie wierzcie, że ma skrzydła
Przyciągam ją jak skowronka
Kawałkiem białej blachy
Umyka mi wiele razy
Cała ubrana na biało
W białym płaszczu
Wysoko zapiętym, bo zimno
W białym kapeluszu
W tej bieli jest dobrze blondynkom
Biel śniegu w pełnym słońcu
Kiedy ją chwytam ona
Zaciąga mnie w szarą przełęcz
Unosimy się łagodnie
Bardzo jest piękna bardzo jest zimno
Wieczór nadchodzi ale już znam
Ciepłą tajemnicę jej piersi.
Najważniejsza, chociaż nie jedyna inspiracją dla moje pracy jest Pan Błyszczyński Leśmiana, Duży Koncert Skrzypcowy (z poematu Niobe) Gałczyńskiego (zwłaszcza lubię sobie powtarzać to co tyczy jesieni w parku nieborowskim i arrasu w sypialni, nad „szklaną harmonijką”, na którym jest wyspa w barwach mokrej mięty)- ILUMINACJE Rimbaud’a, też w tłumaczeniu Jana Kotta. Posłuchaj Małgorzato:
Kwiaty magicznie buczały. Pagórki je kołysały. Bydlęta eleganckie jak w bajce krążyły.
Obłoki gromadziły się nad pełnym morzem utworzonym z wieczności gorących łez
i dalej
Jest w lesie ptak, jego śpiew zatrzymuje was i przyprawia o rumieniec
Jest zegar, który nie bije
Jest trzęsawisko z gniazdem białych zwierząt
Jest katedra, która wstępuje i jezioro, które się wznosi
Jest wózek porzucony w zagajniku albo staczający się po ścieżce, przybrany wstążkami
Jest trupa maleńkich aktorów w kostiumach, widzisz ich na drodze pod ścianą lasu
Jest wreszcie kiedy czujecie głód i pragnienie, ktoś kto was wypędza.
Czy jest takie dzieło, artysta które cię zainspirowało?
Jest malarka żoliborska, z którą miałam kiedyś wystawę. Muszę powiedzieć, że tak mnie zżerała zazdrość kiedy oglądałam jej obrazy, że popełniłam plagiat. Było mi strasznie wstyd.
Inspirują mnie Nacht-Samborski, malarstwo Quatrocenta, Van Eyck. Jedna z jego Madonn Tronujących w aksamitnej czerwonej sukni pod zielonym baldachimem, zachwyca. To czerwień nie czerwona, zieleń niezielona. Fantastyczne zestawienie kolorów, proporcje kolorystyczne a w efekcie siła energetyczna obrazu. Nie ma na świecie, uwierz mi Małgorzato, takiego drugiego obrazu.
Konceptualizm, postmodernizm – jak sobie z tym radzisz?
To nie będzie żadna kokieteria, jeżeli powiem, że może miałabym z tym problem gdybym się nad tym zastanawiała.
Dziś już nie mam takich szaleńczych skojarzeń, nie mnożę efektów. Poszłam w głąb.Nastąpiła zmiana świadomości, z tego galopu weszłam w zamyślenie.
Ja boję się jak ognia tego, żeby zaangażować się w coś, a potem spojrzeć i powiedzieć to nie tak mało być. W byle jakość iść, to lepiej nic.
Czy masz na swoim koncie prace, obrazy z którymi się nie identyfikujesz.
Zdarzało się że malowałam obrazy dla pieniędzy. Obrazy państwowotwórcze np. Rodzina rybaków. Taki cykl z moich wakacji w Kuźnicy. Siedzi kaszubska rodzina przed chatą, sieci, dzieci, ryby, pies....to kupowało Ministerstwo Kultury, Departament Plastyki. Nie byłam do końca nieprzejednania jak Gouguin, mój ukochany malarz.
Wielu krytyków wypowiada się na twój temat, opinie są jednak dość jednorodne.
Niestety. To wszystko jest takie układne. Byłabym szczęśliwa, żeby któryś z krytyków potrudził się, wnikliwie przeanalizował, skrytykował jakiś okres mojej pracy, jakąś serię obrazów, żeby nie powtarzał utartych formułek. To zrobił tylko Andrzej Osęka i Joanna Manswed.
Jesteś zaszufladkowana.
Krytycy próbowali mnie zaszufladkować, najpierw jako surrealistkę, później dodając mi etykietkę malarstwa fantastycznego. To nie jest do końca prawdą.
Opinię o moim malarstwie ukierunkowały dwa zdarzenia. Pierwsza to była opinia Michała Walickiego, światowej sławy mediawisty, dyrektora Instytutu Sztuki w Warszawie. Był też Walicki pięknym poetą. Oto jeden z jego wierszy (napisany w stalinowskim więzieniu).
Na biurkach moich przyjaciół do późna świeca się lampy
Takem się w bólu zaciął, że świateł nie widzę tamtych
Skaczę po celi na szczudle, nogi powłóczę wychudłe
Zamykam palcami oczy a światło jak krew przez nie broczy.
Dobiega zewsząd piór szelest. Tysiące maleńkich włóczni
Zostało mi życia niewiele, ale dojść, aby obejść swych uczni
Dziewczęce, chłopięce głowy ramieniem objąć widmowym
I choćby w sennym marzeniu położyć dłoń na ramieniu.
Patrzę na swoje życie jak na starego płat fresku
Żaden go obcy marzyciel nie przemalował i nie skuł.
Ślad jeszcze widzę konturów dziewięciu anielskich chórów
Lamp panien mądrych i głupich i śladów tylu odkupień.
Widzę jak Wielki Archanioł poraża Księcia Zwątpienia
Widzę jak Chrystus nie wzbrania swej dłoni Magdalenie u cienia
W kardmiol, ametyst i szmaragd barwa przerodzić się stara
A poprzez kurz i spękania aureol złoto się słania.
Otóż Michał Walicki zrobił rzecz niezwykłą: napisał wstęp do katalogu mojej pierwszej wystawy w Zachęcie. Odniósł się bardzo życzliwie do moich obrazów. Nobilitował mnie w sposób niewiarygodny. Odkrył w moim malarstwie to, o czym nie miałam pojęcia, nawet dzisiaj czytam ten tekst z pewnym zdziwieniem. Tam znajdują się stwierdzenia, które on z wyżyn swojej wiedzy wypowiadał. Wszyscy poszli tym tropem. Nikt się nie zastanawiał, że to niedojrzałe, powierzchowne malarstwo, że jest to poszukiwanie i proces na wiele lat. Nikt o tym nie pisał. To mnie przygnębiało.
A drugie zdarzenie to: Przy okazji mojej wielkiej wystawy w Galerii Cortina w Mediolanie
Dino Buzzati napisał: Fenomen w Galerii Cortina. Maria Anto jest największą rewelacją w dziedzinie malarstwa fantastycznego ostatnich piętnastu lat.Potem wszyscy to powtarzali. Gdybym miała określić sama siebie – powiedziałabym, że jest ono bliskie malarstwu poetyckiemu, bo podobnie jest wiersz jest bardzo osobiste.
Dino Buzzati wymyślał sobie opowiadania na temat moich kolejnych obrazów. Nie dziwię
się on jako pisarz, odbierał obrazy jak opowiadania. Ale obraz na szczęście żyje własnym życiem.
Usiłowano porównywać mnie do Anny Güntner. Malowała surrealistyczne obrazy, miała bardzo łagodny świat, podobnie jak Lidia Boniecka. Ja się z tym malarstwem nie utożsamiam. Przyjaźniłam się z wybitną surrealistką włoską Graciellą Rolly - Markhi, ale nikt mnie nigdy z nią nie porównał. Bliżej mi do Maxa Ernsta.
Jest jedna szczególna opinia krytyka sztuki Antoniego Adamskiego, który bardzo przenikliwie spojrzał na twoje prace. Pisze on:
W czasach gdy awangarda, niszczy tradycyjne gatunki sztuki, Maria Anto z wewnętrznym spokojem uprawia malarstwo wprowadzając do niego nową przestrzeń. Zaledwie przeczuwana przez artystów, lecz nigdy dotąd przez nich nie przedstawianą. Mara Anto nie tworzy iluzorycznej przestrzeni. Pamięta, że rozciąga się ona po obu stronach płótna i jako pierwsza wyciąga z tego wnioski godne odkrywcy nowej drogi w sztuce. Jeżeli prawdziwa sztuka jest zaprzeczeniem konwencji to nikt dotąd nie doszedł tą drogą tak daleko.
To jest miód na moje serce, który artysta nie chce dowiedzieć się że jest w czymś pierwszy. Sposób w jaki Adamski spojrzał na moje obrazy jest odkrywczy.
Jeżeli maluję postać, to są to przeważnie kobiety. Ta kobieta, to JA odwrócona plecami do widza. Patrzę na świat na który razem ze mną patrzy oglądający. Postać namalowana chce pokazać coś oglądającemu, wskazać mu coś. Ważniejsze jest to co jest w głębi.
Nazwiska, które cię otaczają powtarzają się ciągle, nawet w pracy dyplomowej, którą o tobie napisano: Henry Rouseau, Max Ernst. Rene Magritte...
Na świecie jest określona ilość malarzy fantastycznych........Delvaux, de Chirico, Rouseau, Magritte. W Polsce są malarze, będący są pod wpływem Magritta. Nie trudno jest go naśladować. Trudno jest naśladować jego przeraźliwie surrealistyczne pomysły. Trzeba wyjątkowego geniuszu, żeby namalować głaz wiszący w powietrzu jak balon. To był jego oryginalny pomysł, potem wielu go powtarzawało. Sama namalowałam fruwające jajo na którym podróżują kochankowie. Ale to było wtórne. Magritte wymyślił tę sytuację.
Czy masz naśladowców?
Zastanawiałam się nad tym. Nie widzę. Być może ci, którzy malują tą przestrzeń o której mówił Adamski istnieją, ale może malują ją w jakiś inny sposób, inaczej i ja tego nie widzę.
A kontynuatorów w rodzinie?
Nie. Moja córka Zuzanna miała zawsze potrzebę całkowitego uniezależnienia się. I zrobiła to, uniezależniła się życiowo i artystycznie Po prostu moja twórczość to nie był jej świat, nie jej środek wyrazu.
Czy kiedykolwiek córka, artystka oceniała twoje malarstwo?
Tak. Przeczytałam w Rzeczypospolitej artykuł Moniki Małkowskiej Dziedzictwo dla odpornych o różnych klanach: Kosskowie, Starowieyscy, Młodożeńcy ...itd.. Autorka pisze Zapytałam Zuzannę Janin czy oglądała ostatni pokaz Marii Anto i co o nim sądzi –a pamiętam, że parę lat temu, to był temat tabu. Usłyszałam jednak ważne zdanie: mimo, że nasze postawy artystyczne dzieli przepaść, uważam jej sztukę za wybitną. Matka reprezentuje nurt, którym wielu podążało, lecz nikt nie osiągnął tyle co ona.
Zuzanna określa ciebie jako spadkobierczynię Fridy Kahlo.
Uznała, że powinnam cieszyć się popularnością nie mniejszą niż Frida Kahlo, którą wszyscy się zachwycają.
Czy twórczość Fridy Kahlo jest ci bliska?
Pomijając jej nieprawdopodobną suwerenność, emancypację, ciągoty komunistyczne, rewolucyjność, która jest mi zupełnie obca, to co ona pisała o sobie do przyjaciół... jest mi bliskie. „Maluję swoje życie, swoją biografię, swój autoportret, nie jestem surrealistką”.
Te stwierdzenia odnoszą się dokładnie do mnie
Mimo trudnych doświadczeń, ekstremalnych przeżyć, nie chcę demonizować swojego życia. Cierpienia nie potrafiłabym uczynić treścią swojej pracy. Jestem inaczej wychowana, mam wrodzoną powściągliwość, ukształtowała nas inna kultura. Cieszę się, że Opatrzność pozwala mi wychodzić obronną ręka z różnych katastrof.
Wróćmy do związków artystyczno – rodzinnych........w jednym domu dwie artystki, dwa światy Ty i Zuzanna...
Kiedy mieszkałyśmy razem to nie było dwóch światów, była jeszcze uczennicą zrobiła maturę, pisała olimpiadę z historii sztuki. Nie było kontrowersji, Żadne dwa światy. To przyszło później. Zuzia wyrastała pod sztalugami. Ani moja zasługa, ani moja wina, po prostu moje życie. Niechętnie wspomina domową, „artystowską” atmosferę. Nasze stosunki były bardzo powikłane i bolesne, między nami jest silna relacja matka-córka. Kiedy już rozmawiamy spokojnie i rzeczowo, to rozmawiamy o sztuce, ale o sztuce Zuzanny...
Ja bardzo szanuję jej twórczość. Wierzę w to, że jest uczciwa i nieprzejednana w działaniach artystycznych. Kiedy oglądam wystawy zbiorowe młodych, awangardowych artystów - wszystko jest takie puste. Zuzanny twórczość wyróżnia się. Jej drogę widać.
A tak przy okazji awangardy z którą zawsze miałaś na bakier, jak oceniasz dzisiejszą awangardę?
Nie czuję się skrępowana żadnymi wymogami sztuki dzisiejszej, nie podejmuję żadnych jej problemów formalnych. Dziś wielu artystów, nawet za cenę naruszenia sacrum, porzuca malowanie i realizuje zdarzenia artystyczne. Skandal, skandal dla zaistnienia za wszelka cenę Tu rządzi piekielna, bezgraniczna ambicja zaistnienia, bez względu na umiejętności, bez względu na zdolności.. Zwłaszcza w młodszym pokoleniu.
To jest walka. Tu trzeszczą kości. Raz się zagapisz i już cię nie ma Prześcigają cię... cały czas żyjesz w skrajnym napięciu...
Pęd do bycia obecnym za wszelką cenę jest zaprzeczeniem sztuki, zaprzeczeniem celu sztuki. Zjawisku sekundują „krytycy”, którzy żyją dzięki awangardowym artystom, a artyści awangardowi dzięki nim. Piękno i dobro są dla nich demode. Nieprzyzwoicie jest o tym myśleć a co dopiero mówić..
Dziś pies z kulawą nogą nie interesuje się obrazami. Najlepszym świadectwo jest to, co dzieje się we Włoszech. Jeszcze w latach 70-tych, otaczanie się sztuką, obrazami było tam naturalne. Tę potrzebę mieli też prości ludzie - ściany ich domów zawieszone były obrazami. Była żywiołowa potrzeba obcowania ze sztuką. Wszystko jedno czy wynikało to ze snobizmu, czy z miłości. Kupowali obrazy, przywiązywali się do nich, zaczynali poznawać, lubić a w rezultacie kochać je. To było udziałem wielu Włochów. Teraz nie przywiązują do wagi do obrazów, lokują pieniądze w papierach wartościowych. Nam pozostali handlarze dzieł sztuki. Przykre są kontakty z zawodowymi handlarzami, oni do obrazu nie mają żadnego stosunku emocjonalnego, widzą w nim tylko lokatę kapitału. Jestem rozgoryczona. Obraz to jak urodzone w domu szczenię, powinien dostać się w dobre ręce. Nie potrafiłabym się przemóc i zmienić swojego stosunku do sztuki. Opowiem ci zdarzenie, które będzie świadectwem tego co naprawdę jest ważne dla mnie. Ważniejsze niż prestiże, kariery i rozmaite administracyjne wyróżnienia. Co sprawia, że często mówię: jestem szczęściarą. Telefonuje do mnie pan Zbigniew Marczewski (inżynier, jego żona lekarz, mają sporą kolekcję obrazów, przeważnie polskie malarstwo), potem przychodzi i mówi ,że chce kupić obraz Dla Alejo Carpantiera. Zobaczył go na wystawie. Ja mu na to, że to jedno z niewielu płócien, nie do sprzedania. Więc z żalem, stanowczo mówię, nie. A on na to: Ale ja nie mogę bez niego żyć – mówi do mnie inżynier, pragmatyk. Wstrząsnęło mną. Pomyślałam sobie, Małgorzato, że jestem szczęściarą. Nagle trafić w czyjś świat i potwierdzić go dziełem......jest się z czego cieszyć.
Lata siedemdziesiąte, w Polsce mrok a twoje prace są nagradzane na poważnych wystawach, to twoje złote lata.
Najważniejsza była jednak dla mnie wystawa u Renzo Cortiny. Wystawiłam tam prawie 100 prac.
Czy to znaczy, że kolekcjonowałaś swoje prace czekając na wystawę swego życia?
Nie, ja wtedy miałam grafomańską nadprodukcję. Mnożyłam te prostokątne byty, ciesząc się jak dziecko, że mam tyle fantastycznych pomysłów. To było malowanie powierzchowne, cienką warstwą, kolor lokalny (potem się opanowałam, w głowę puknęłam, przyhamowałam, ale wtedy tak było). Rocznie malowałam 20 obrazów i więcej.
Ogromny wysiłek.
Żaden wysiłek, nadprodukcja.
Odwróciłaś się od Włoch, chociaż Mediolan byłby dla ciebie wymarzonym miejscem.
To prawda. Mediolan to wymarzone miejsce do pracy, tak jak Rzym do kochania.
Piętnaście lat byłam jedną nogą w Polsce drugą we Włoszech.
Włosi to sakramenckie snoby. W moim pensjonacie gdzie mieszkałam byli sami dottore, professore, nie było człowieka bez tytułu. Polska jest bardziej demokratyczna. Nawet jeżeli ktoś jest baronem czy księciem to mu do głowy nie przyjdzie, żeby nie podać ręki prostemu człowiekowi. Odwrotnie, trzeba być bardzo uprzejmym w stosunku do ludzi. Nie dlatego, że u nas był głęboki PRL a tam kapitalizm. Nie o to chodzi. Nasza mentalność jest po prostu, moim zdaniem, na wyższym poziomie duchowym. Chociaż Zachód uważa nas za dzikusów.
Może pora żebyś wróciła do Włoch?
Za późno. To miało sens gdy żył Buzzati. Tamten świat, w którym byłam, miałam przyjaciół, nie istnieje. Zamknęłam ten rozdział, ale do Włoch ciągle jeżdżę.
Mogłam iść za ciosem, znałam wiele znaczących postaci. Przyjaźniłam się z Jose Thun Hohensteinem z Marią Teresą Crespi. z malarzami Graciellą Marci, Enrico Bay’m.
Z niektórymi artystami ze „stajni” Cortiny, z Dino Buzattim. Ale tamten system wartości mi nie odpowiada. Mój marszand rozpoznał to natychmiast. Przyjeżdżam do Mediolanu, Cortina się zjawia u mnie mówi:: Anto, ja teraz mam kryzys, podpisałem umowę z galerią w Brazylii, będę im przesyłał obrazy. Nie będzie się dezawuować artystów bo nikt tu nie będzie wiedział jak tam idą prace. Ale czuję, że o nie jest dla Pani. Miał rację. To nie dla mnie, nie umiałabym podpisać kontraktu, że będę szykować kilkadziesiąt obrazów rocznie. To nie było dla mnie możliwe. Już wspomniałam jak przeżywam każdy nowy, osobny obraz, a to byłaby produkcja. Jest wielu artystów żyjących na złotym pasku swojego marszanda. To oznacza karierę, to oznacza pieniądze ale ja nie wyobrażam sobie jakbym mogła się do tego stopnia sprzedać, żeby być na pasku galerzysty.
Tak przeważnie wyglądają kariery...
Mogłam zrobić taką karierę, ale żeby tak było to musiałabym być tam na miejscu, pilnować swoich interesów, malować klientów marszanda, otwierać wystawę za wystawą.
Zaprzedałabym się. Nie byłabym sobą. Teraz może nie byłabym taka harda, ale wtedy to było dla mnie nie do przyjęcia. Po prostu zniknęłam z ich życia.
Jeszcze po tym wszystkim namawiano mnie...nie zrywaj z Włochami.. nie rezygnuj, nie odwracaj się od Włoch, idź za ciosem, masz taką koniunkturą. Analogia jest w świecie zwierząt, walka i symbioza interesów... ale tutaj wszystko musi być wypreparowane, musi być ustawione, i dopiero pokazane światu. To jest współczesny rynek.
Tu nie ma żadnych względów, to jest jazda bez trzymanki. Przemyślałam to. Trzeba wiedzieć kiedy wyjść.
Jest jakaś anegdota mediolańska, którą szczególnie zapamiętałaś?
Jest ich wiele... Mediolan, La Scala, opera. Byłam kiedyś w La Scali na przedstawieniu Cara Borysa. Przyjechali rosyjscy artyści. Zaprosiła mnie Mariapia Vecci (późniejsza premierowa Fanfani), Księżna Colonna, itd... jednym słowem wysokie towarzystwo. Musiałam odpowiednio się ubierać, uczyć się zachowania w loży: jak kłaść ręce, jak siedzieć, jak trzymać lornetkę. Nasza rzeczywistość była przaśna i moja mama nie widziała powodu dla którego miałaby mi to wszystko przekazywać. Pytałam więc księżnej czy dobrze trzymam lornetkę, czy dobrze siedzę. Wyprostuj trochę plecy, mówiła i będzie dobrze.. Nie byłam zażenowana pytając księżnę o te szczegóły, ona z kolei prosiła mnie żebym uczyła ją rzeźbić.
Car Borys (Godunow).to było genialne przedstawienie. I nagle dowiadujemy się, że ten Rosjanin, który miał śpiewać partię Innoecentego - postać szaleńca (pieśń o wielkiej Rusi i wieszczący pożar Moskwy), nagle zaniemógł. Przedstawienie miało być zerwane. Nie ma jeszcze tej sceny, ale my w loży już wiemy. Jednak przedstawienie trwa. Wzięli Włocha „z dziesiątego rzędu”, który nie miał nigdy szansy, żeby zaistnieć. To było genialne. Śpiewał tak, że wszyscy wstali bezszelestnie i na stojąco wysłuchali go do końca. Wiedział, że ma jedyną szansę, która dla niego zabłysła. Po tej arii artyści porzucili swoje role i zaczęli go ściskać. Wszyscy płakali, ja ryczałam jak bóbr. Coś wspaniałego. To było wielkie przeżycie. Włosi po prostu wiedzą jak się śpiewa operę. Tam nawet monter na słupie wyśpiewuje się arie Pucciniego. Mediolańczycy potrafią sprawiedliwie oceniać. Narzekają, że w La Scali rządzą koterie, być może, ale liczy się jakość, to przede wszystkim.
Okres włoski trwał 15 lat, okres Białowieży 30 lat, twoja biografia układa się w ciągłość czy w twojej twórczej wędrówce są jakieś wyłomy?
Jest czas w którym wydarzenia zewnętrzne wpływają na tematy moich obrazów. Dzieje się historia. Kiedy w 1981 roku ogłoszono w Polsce stan wojenny, żeby nie zwariować, malowałam. To co nas otaczało było ekstremalnie obrzydliwe i groźne. Mówi się wśród malarzy „nie mogę żyć bez malowania” a ja dopiero wtedy zrozumiałam, że nie mogę bez tego żyć. Drugi raz miałam takie doświadczenie w 1984 roku kiedy ubecja zmordowała księdza Jerzego Popiełuszkę. To było dla mnie nie do wytrzymania. Malowałam z bezsilności, bo tylko to potrafiłam robić.. Na jego pogrzebie, napływały transparenty krzyczące furią, nienawiścią. Uświadomiłam sobie, że moje myśli też są pełne nienawiści. Modliłam się żeby wyciszyć złe nastroje. Dla mnie rozpacz i nienawiść są grzechem. Potem pisałam transparenty, ludzie je zawieszali wokół grobu księdza. Ciągle je zmieniano, a ja nie wiedziałam co z nimi robią. Żeby je utrwalić, zaczęłam je rysować, fotografować a potem malowałam je chronologicznie, tak jak napływały. Powstał obraz – dyptyk, który ofiarowałam do Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Powstały obrazy nie w moim stylu, nie w moim duchu ducha. Moje malarstwo w latach buntu przeobraziło się. Mówiono, że robi wrażenie, jakby malował te obrazy XIX-wieczny romantyczny malarz. Poczułam się kontynuatorką Delacroix.
Mario, czy zdarzyło ci się namalować jakiś cykl?
Nigdy dotąd nie namalowałam żadnych cykli. Anioł, Jednorożec to po prostu temat, który się powtarza. Architektura z czerwonej cegły (schyłek XIX wieku) też się powtarza. Malowałam w Warszawie: gazownię na Woli, prawie wszystkie budynki szpitala Dzieciątka Jezus (które Pius Dziekoński wyczarował w stylu neogotyku), Filtry, barak na Powązkowskiej i inne, w Pruszkowie szpital Tworki, w Łodzi fabrykę Poznańskiego, magazyny fabryczne, bocznice kolejowa; w Białowieży Stajnie carskie ( wiele razy), Bramę pałacową (wiele razy), Dom Marszałkowski, dworzec Białowieża Towarowa, gmach Poczty i inne. Nie jest to cykl. Natomiast bez wątpienia jest to moja ciężka obsesja.
A cykl Tarota? Tutaj stało się coś szczególnego, dotychczas nie znanego w twoim malarstwie.
W przypadku Tarota stanęłam przed wyzwaniem formalnym. Istnieje w nas potrzeba porządkowania przeznaczenia. Bardzo dawna tęsknota. Porządkowanie ludzkiego losu za pomocą symboli. Nie ma tam nic o czym byś nie wiedziała wcześniej. Na tym polega Tarot.
A więc wszystko to za czym tęskniłaś w swoim chaosie?
Potem jak już namalowałam Major Arkana , zaczęły mi się pchać przed oczy monografie. Najrozmaitsze książki z reprodukcjami talii, które powstały na przestrzeni wieków. Z wyjątkiem Bonifacio Bembo, który był znakomitym malarzem włoskim (on stworzył tę talię), to muszę powiedzieć bez fałszywej skromności, że moje są dobre.
Tarot jest wyzwalaniem innych mocy. Osoby, które pracują z Tarotem mają swoje szczególne doświadczenia. Czy tobie coś takiego się wydarzyło?
Tak, czytuję Suligę, znawcę Tarota. Co pewien czas, on też przytacza to stwierdzenie. U niektórych wrażliwców takie spotkanie może skończyć się katastrofą. Ja na szczęście nie jestem aż taka wrażliwa.
Czy zapamiętałaś ten okres kiedy malowałaś Tarota?
Oczywiście. Wtedy miałam swój koszmarny wylew. Byłam sparaliżowana,: amnezja , afazja stuprocentowa. Nie wiadomo było czy się cieszyć, że żyję. Teraz kiedy jestem bezpieczna wiem, że tego doświadczenia nie oddałabym za nic..
To było w trakcie malowania Tarota?
Tak, to było w 1992 roku, od zimy do wiosny byłam nieobecna..
Kiedy wyszłaś z tej katastrofy...
Musiałam od początku uczyć się żyć. Wszystko od początku: uczyłam się czytać, pisać, chodzić, mówić, tańczyć, grac na pianinie, rysować. Malowanie odłożyłam na koniec.
Dzieci wspominają, że twoim pierwszym językiem jakim usiłowałaś się komunikować był francuski.
Ja tego nie pamiętam.
Czy twoja świadomość po tej śmierci...
To była katastrofa. Nic nie rozumiałam. Najprostszych zagadek czy rebusów na poziomie przedszkolaczka – niczego nie kojarzyłam. Odblokowało się nagle gdy padło słowo Białowieża.
Kiedy wracałaś do rzeczywistości, odkrywałaś świat jakim ci się wydał?
To był mój wytęskniony świat do którego wróciłam. Owo tu i teraz. Wróciłam do swojego świata... Wydał mi się barwniejszy, bogatszy, ale to był ten świat do którego tęskniłam.
To był też czas przerwy w tworzeniu.
Ja i tak mam takie przerwy przepaściste. Ale ta było przymusowa, fakt.
Jak wracałaś do malarstwa?
Wzięłam duże płótno. Bałam się. Wiesz, artyści, którzy mają takie zdarzenie, często tracę zdolność twórczą. Nie wiedziałam czy u mnie się to nie dokonało. Chodziłam dookoła sztalug i w końcu myślę sobie,,, nie ma innego sposobu jak tylko spróbować. Uklękłam na podłodze pracowni i modliłam się. Potem (zupełnie tego nie pamiętam), płótno stało na sztalugach, jedno z największych moich płócien i tak jakby mi ktoś rękę prowadził namalowałam Styczeń Pierwszy, a potem Styczeń Drugi. To były tylko te dwa obrazy
I koniec. I zamknęłam ten temat. Nie robiłam wiwisekcji, tego co robiła Frida Kalho, malując swoje upiorne udręczenie. Ona jest wspaniała dzięki temu. Ale to jest jej jedyne tworzyło. Andrzej Osęka bardzo dobrze powiedział, że jest nie do pomyślenia w naszej kulturze, w naszym europejskim wychowaniu, taki ekshibicjonizm demonstracyjny.
Wracamy do Tarota. W tym cyklu zachowałaś porządek kolorystyczny.
Nie kończyłam grafiki użytkowej... nie projektowałam kart. A wiedziałam, że w cyklu musi być jakiś element łączący. Wymyśliłam sobie kolor, zbliżony do oranżu chińskiego, który okazał się sam w sobie magiczny. Posługiwałam się nim jak protezą.
Z tym kolorem, tylko określona ilość kolorów, tworzy harmonię. Więc zrobiłam sobie takie ułatwienie. To jest wiedza elementarna, należy do warsztatu malarskiego. Ale efekt finalny jest taki, że wszystkie karty Tarota, emanują specjalną energią, co do której nie można się pomylić. Ona zawiera się w kolorach, formie układzie postaci i symboli..
To zjawisko zaistniało. Literatura wskazuje mi, co ma gdzie się znajdować. Tam wyraźnie jest powiedziane: mają być cztery znaki itd., itd.. Poznałam pana Suligę i kiedy namalowałam kilka obrazów pokazałam mu swoje slaidy.
Jak odebrał twoją wizję Tarota?
Z pewną rezerwą. Uznałam, że to jest rezerwa mędrca, któremu bardzo trudno dogodzić. Natomiast, po mojemu, mój Tarot sprawdził się nie jest ani lepszy, ani gorszy od tych które istnieją.
Twój Tarotowy Rydwan jest niezwykły.
Tak zrezygnowałam z koni. Te sfinksy mimo, że nie są dynamiczne, są wymowne. Zrobiłam to i tak za bardzo dynamicznie, myślę.
Osoby, które podejmują ten wątek są zaliczane do grupy New Age. Nie obawiałaś się takiej opinii? Kościół ciebie nie zaatakował?
Zapytałam swojego Duszpasterza Środowisk Twórczych co on myśli o moim Tarocie. Wiedział, że nie jestem zaangażowana w czarną magię, nie obawiał się, że Tarot zagrozi mojej duszy. Moje zafascynowanie malarskim tematem zostało rozgrzeszone.
Jesteś osobą wierzącą?
Tak.
Masz za sobą wiele katastrof. Wylew, rak, operacje zawsze z tego wychodzisz. I tak jakby nigdy nic jesteś w pełni sił, jak to się dzieje?
Nie ma w tym grama mojej zasługi. To sprawa genów. Mówi się potocznie Maryśka jest dzielna. Jestem uparta, może mam ambicję, żeby się nie dać za wszelką cenę... ale to wszystko genetyka.
Metafora, symbole to jest naturalny sposób, którymi opisujesz swoje światy.
Symbole przewijają się przez moje prace nieustannie. Symbol nieskończoności, symbole siły ducha: zwierzęta, jednorożec, muszle, klucze, znaki z kart Tarota, anioły. Zwierzęta, które występują w moich Autoportretach Podwójnych ja wymyślam. Ale może pomaga mi jeden z moich ukochanych poetów Rimbaud, który pisze:
Ten bożek o czarnych oczach i żółtej sierści. Bez przodków, bez dworu, szlachetniejszy od bajki, meksykański i flamandzki. Jego państwo błękit i zuchwała zieleń.
Wydaje się, że żyjesz jakby w dwóch światach....
My nie istniejemy tylko w tej chwili. Przyszłość i przyszłość istnieją w nas jednocześnie. Człowiekowi jest potrzebna wizualizacja, niektórzy potrzebują cmentarzy. Ja, z punktu widzenia obowiązującej u nas tradycji, chodzę na cmentarze aby uporządkować groby. Po to są rytuały, aby oddalić samotność czy złagodzić cierpienie. Ale obcuję z duchami moich najbliższych wszędzie. Oni są przy mnie, po prostu są w domu. Patrzą na mnie z fotografii.
Symbolem siły ducha, pojawjącym się często w twoich obrazach jest Jednorożec. Dlaczego on stał się Twoim ulubieńcem.
To zwierzę mnie inspiruje. Malowanie w ogóle jest fascynacją, ale ta fascynacja się wzmaga, gdy spotykam na swej drodze takie zwierzę jak Jednorożec. W dodatku o wielu obliczach.
W relacji Megastenasa, Greka (od którego mamy informacje z pierwszej ręki) to płowy koń z gęstą grzywa, róg na całej długości skręcony, czarny, ogon świński, stopy słonia. Żyje, pisze Megastenes w górskich leśnych ostępach, głos przeraźliwe zawodzenie. Nazwał go Kartazoon. Jest silny, zaczepny, bojowy, ale w okresie godowym staje się łagodny i lubieżny. Szczególnie w obecności dziewic. Ponieważ nasz Grek był historykiem, geografem i przyrodnikiem (król Syrii, Nikator powierzał mu różne misje). Miał opinię człowieka wszechstronnie oświeconego. Jak takiemu nie wierzyć.
A ten chiński, o którym wspomniałam, imieniem Kilin lub Khilin – to kompletnie inne stworzenie: Kształtem podobny do jelenia, głowa wilka. Między pałającymi oczami – potężny róg. Opędza się wolim ogonem, a końskimi kopytami traktuje wszystko i wszystkich
Mieni się pięcioma kolorami... a teraz uważaj Małgorzato – pięknym swym głosem upaja słuchaczy. Ponadto spełnia rolę europejskiego bociana – przynosi dzieci, mało tego, wierzono powszechnie, że to właśnie Jednorożec przepowiedział narodziny Konfucjusza.
W średniowieczu Jednorożec stał się symbolem Zbawiciela – Chrystusa. Renesans, który programowo odcina się od średniowiecznych symboli (z Jednorożca jednak nie miał siły rezygnować), uczynił go symbolem czystości serca, czystych intencji – cichej wzniosłości.
Ja maluję przeważnie właśnie tego, który jest na gobelinach w paryskim Muzeum Cluny. Jednorożca - opiekuna domu, Jednorożca pięknego i szlachetnego, który jest uosobieniem dobra.
Który jest twoim ulubieńcem?
Mojego jednorożca jasnego zobaczyłam w Białowieży. Wracałam nocą z ogniska.
W poświacie księżycowej park wydał mi się katedrą gotycka a na jej dachu siedział jednorożec. I tak go namalowałam.
Najważniejszy dla mnie zawsze i wszędzie jest Jednorożec (francuski La LICORNE)... Stał się symbolem niedawno. W nowożytności! Jest „moim” symbolem
W starożytnym świecie pierwsze pytanie brzmiało – czy Jednorożec istnieje? Oczywiście, brzmi odpowiedź.
Kto go widział, jak wygląda?
Jest szereg relacji. W Chinach znają go od 3000 lat p.n.e.
W starożytnym świecie, to zależało skąd się wywodził. Dlatego nie można powiedzieć – oto jednorożec, symbol jednoznaczny. Nie. Perski król Artakserkses ( IV wiek p.n.e), zatrudnił Greka imieniem Ktesjasz, w charakterze lekarza nadwornego. I ten siedząc tam prawie 8 lat opisuje jednorożca: (którego albo sam widział, albo opowiadali mu podróżni z Indii) biały osioł indyjski wygląda jak wielki koń z czerwonym łbem, niebieskimi oczami, spomiędzy których na czole sterczy długi róg u nasady biały, potem czarny a na ostrym czubie krwistoczerwony. Poza tym to zwierze wydaje przenikliwy głos, który wokół budzi grozę. Nieźle, prawda?
Arystoteles lansował własną koncepcję mianowicie, że właściwe Jednorożce żyją w Afryce i Arabii, i że są podobne do gazeli..
W twoich pracach jest tyle postaci odrealnionych, że nie musisz do swojego świata wprowadzać tego tajemniczego stwora.
On raz jest gwałtownikiem, raz łagodnością wcieloną, raz jest biały, innym razem kolorowy. To są rozmaite Jednorożce.
W twórczości towarzyszył wielu malarzom. To w malarstwie wątek znany
Przytoczę ci cytat z XVI wieku. Tutaj nie ma żadnych wątpliwości, nie ma miejsca na dyskusję...
Z drugiej strony kościoła, w mieście arabskim Mecha, są staynie gdzie jednorożce chowają. Ten źwierz tak wielki jak źrebię we trzy latka, róg ma na czole czerwony... sierść na nim cisawa, głowa jelenia, szyja krótka, grzywa rzadka, golenie y nogi cienkie jakoby jelenie.
Ten źwierz z Etyopiey do nich wożą morzem.
Rilke pisze o Jednorożcu:
O, to jest zwierzę, które nie istnieje
Nie wiedząc o tym jednak je kochano
Chód i postawę szyję niezachwianą
i światło. które w spojrzeniu jaśnieje.
Nie było, ale, że się je kochało
wyrosło czyste zwierzę. I na trawie
niezgrabnie rozkraczone, ociążałą
uniosło głowę, nie musiało nawet
istnieć. Karmiono je nie ziarnem zboża,
lecz samą tylko możliwością trwania
A ta je taką obdarzyła siłą
Że jeden z siebie róg, wbiło w przestworza
Do dziewiczego przybyło posłania
I w srebrnym lustrze i w dziewicy żyło.
Ten dogmat o Przenajświętszej Dziewicy Maryi bywa dla nas trudny do przyjęcia.Co to jest Niepokalane Poczęcie?
Uczepiłam się tej interpretacji, bo jest jakimś wytłumaczeniem. Brutalnym, dosłownym a zarazem poetyckim. Uskrzydlone. Hen, do nieba wzlatuje.
Jeden z licznych przykładów obrazów sakralnych przedstawiających Ogród Zamknięty jest tryptyk w Bralinie - Matka Boska z Jednorożcem na kolanach.
Jest obraz na Jasnej Górze - Chrystus przy studni a przy nim Jednorożec.
Na Wawelu jest arras, który przedstawia Jednorożca-Żyrafę.
Uczony z Krakowa, pan Wojciech Roeske, ładnie pisze: Ujawnił się bowiem niczym odbicie w zwierciadle, zdobiąc swym wizerunkiem herby, godła i pieczęcie, pozował malarzom, grafikom, rzeźbiarzom, dawał natchnienie poetom i kaznodziejom.
Masz w sobie tyle siły, nadziei na istnienie, zwycięstwo tej dobrej strony świata, że możesz go zaklinać obrazami.
Mam nadzieję. Andrzej Osęka znakomicie powiedział. Zaklinanie świata obrazami, to jedna z niewielu rzeczy sensownych jakie dziś malarstwu zostały do zrobienia. On mnie wnikliwie rozumie.
To oznacza że poza pasją własną malarstwo może stać się dla niewielu misją. Magicznym działaniem...
Teraz jest taka mizeria moralna. To co już mówiłam o przyszłości malarstwa. Nie ma się co obrażać na fakty. Zmiana musi nastąpić. Myślę, że w przyszłości (być może dalszej), przetrwa malarstwo zaklinające, magiczne. Przewiduję, że to malarstwo, które się ostanie, będzie udziałem garstki wtajemniczonych, powędruje w głąb, będzie transcendentne.
Czy to znaczy, że malowanie będzie już nie tylko odzwierciedlaniem światów, ale spełni rolę rytuału.
Wydaje się, że tak. Te byty dwuwymiarowe, prostokątne, które nazywamy obrazami jeszcze funkcjonują, są kupowane, ale ludzie zwracają się w stronę dużych płócien o dekoracyjnej roli. Stopniowo będą one zastępowane przez fotografię artystyczną.......
Czy możemy zostawić tę twoją ideę fix. Czy możemy przejść do innych symboli...
Na przykład, sfinks babiloński, lew z głową kobiety i ze skrzydłami orła (przeważnie siedzi). Symbolizuje władze, mądrość oraz to, co tajemnicze i zagadkowe.
Do czego ci to potrzebne?
Po to maluję symbole, żeby nie tłumaczyć po co mi są one potrzebne.
Są symbole z którymi muszę się liczyć: kotwica – wiadomo- nadzieja!
Klucz jest zawsze jest symbolem „otwierania” prawdy, czyli sprawiedliwości.
Otwarta Księga jest symbolem bożej mądrości.
ANKH – starożytny egipski hieroglif – symbolizuje życie. W późniejszych czasach stał się symbolem chrześcijańskiego kościoła koptyjskiego.
Ogień, płomień to też symbol uniwersalny, wszechobecny. Nie mogę wymieniać wszystkich symboli, bo prawie wszystko jest symbolem.
Najpotężniejszy, magiczny symbol wszechczasów to Gwiazda Dawida czyli Pieczęć Salomona. To główny symbol judaizmu, ale ma też związki z mistycyzmem uniwersalnym. Trójkąty, z których się składa, reprezentują: jeden – ogień i energię męską zawartą w słońcu, drugi wodę i energie żeńską zawarta w księżycu.
Jest jeszcze jeden symbol –znak (tym razem wywodzący się z hinduizmu) OM – święta sylaba uważana za nasienie wszelkich mantr, czyli mających boska moc słów i dźwięków. Dźwięk A-U-M jest jedyną odwieczną sylabą, w której zawiera się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
Wiele twoich prac jest w kolekcjach prywatnych, czy nie masz takiej potrzeby, żeby do nich wrócić, zobaczyć je raz jeszcze.
Oczywiście, że tak. Ale ja nie tracę z nimi kontaktu, wiem gdzie są. Mogę na palcach jednej ręki policzyć obrazy, które dla mnie są tak ważne, że chcę je odwiedzić. Te najbardziej liczące się są w domu. Nie mówię, że są najlepsze, natomiast niewątpliwie są dla mnie najważniejsze.
Z obrazami jest tak jak z twoimi bliskimi, chcesz mieć je przy sobie.
Sprawa jest bardziej prozaiczna. Traktuję je utylitarnie. Ja z nich czerpię, służą mi jak trampolina, Są słupami milowymi, wyznaczającymi moją drogę. Bezbłędnie wiem, które płótna mogę tak zakwalifikować, z tych co są w kolekcjach prywatnych.
To: Koń Trojański, Pejzaż z Białowieży (martwa natura ustawiona na brzegu stawu), Portret wiersza i niewiele innych. A z tych co są w domu to Sześćdziesiąt sześć, Nie zabity, To prawda, Ten, Autoportret w Białowieży, Magiczna krówka, Za rzekę, most i niebo (tytuł z wiersza Teodora Szczepańskiego)i niewiele innych.
Jednorożce, te które się najbardziej liczą, są własnością mojego syna Edwarda. Druga porcja obrazów stanowi własność mojego syna Stanisława. Wystarczy zapukać, otworzyć drzwi i „mieć je”.
Co jest dla ciebie najważniejsze, Mario?
Mam swoje credo wzięte od Norwida.
Zniknie i przepełźnie obfitość rozmaita, skarby i siły przewieją, ogóły całe zadrżą. Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie. Dwie tylko: Poezja i dobroć. I więcej nic...
Czas kończyć rozmowę. Zamknijmy ją Leśmianem, fragmentem poematu, który jest apoteozą kreacji.
...Był w zaświatach – sen i wicher i zaklętej burzy rogruch
Boże, snów spełnionych już mi dziś nie ujmuj!
Jam te drzewa powcielał! To mój zamysł i odruch...
Moje dziwy... Moje rosy...Dreszcz i znój mój!
Przebacz smutkom i widziadłom nie znającym rodowodu
I opacznym kwiatom, com je snuł z niczego...
Moja wina! O, Boże, wejdź do mego ogrodu!
Do ogrodu!...Do – mojego!...Do mojego!...
...Wszedł w gęstwinę poza życia drogowskazem
Sami byli teraz. Oko w oko – sami.
Nic do siebie nie rzekli i ciemniejąc szli razem
Alejami - alejami – alejami!...