Wywiady z cyklu Brudnopis Polski - czyli 24 lata z życia Salonu 101- powstały z inspiracji Kasi Kazimierowskiej,Wojciecha Przybylskiego (ResPublicaNowa) oraz osób związanych z codzienością życia na Saskiej 101. W rozmowach i wywiadach zapisane sa wątki osobiste, obyczajowe, rodzajowe i anegdoty, które miały mieć wpływ na wiele osób, idei i inicjatyw społecznych, politycznych i artystycznych w Polsce lat 1984 – 2008.
Z Krystyną Antoszkiewicz, wywiad przeprowadziła w czerwcu 2008, Irena Wiszniewska
Robienie filmu z książki
Jak trafiła pani do salonu?
Przez mamę, Marię Anto, malarkę. Jej imieniny wypadają 2 lutego. W 2003 mój mąż, muzyk, namówił chłopaków ze swego zespołu, żeby zrobili jej niespodziankę. Wpadli wieczorem i zagrali rodzaj koncertu. A tu nagle mama informuje nas, że w dniu jej imienin będzie wernisaż i zaprasza nas do Chimery. Wtedy zaczęliśmy z mężem różne karkołomne sztuki wyczyniać, żeby mama poznała nas z Małgorzatą Bocheńską, która w Chimerze kontynuowała salonowe życie. Mama była osobą bardzo teatralną, stawiała przeszkody, nie było łatwo dostać kontakt. W końcu łaskawie dała mi telefon Bocheńskiej.
Dlaczego mama stwarzała taki dystans?
Maja mama nie tylko świetnie malowała, ale też tworzyła wokół siebie nie tylko artystowską, ale wręcz artystyczną atmosferę. Jak się wpadło w ten wir, trzeba było się podporządkować. Ja przez cale życie broniłam się przed tym. Dopiero gdy po wielu latach odpuściłam udowadnianie mamie, że jestem innym tworem niż sobie wyobraża, nasze stosunki ułożyły się w miarę poprawnie, ale w sytuacjach, gdy mogła nade mną zapanować, korzystała z tego w pełnej rozciągłości.
Czy dzwoniąc do Salonu 101, czułaś się niepewnie?
Nie. Miałam sprawę. W końcu Jurek, mój mąż, zaangażował się w to, żeby zagrać mojej mamie, namówił kolegów. Zależało mi na tym, żeby wszystko dobrze wypadło. Zadzwoniłam do Małgosi, przedstawiam sprawę. Trochę była zaskoczona, bo wielu artystów chciało uczestniczyć w wernisażu, a ona Jurka nie znała. Usiadłyśmy, zaczęłyśmy ustalać, przyszedł Jurek ze swoją grupą. Jak zaczął śpiewać po francusku, rosyjsku i angielsku, Małgosi oko błysnęło.
Jak wyglądał ten imieninowy wieczór?
Restauracja Chimera mieściła się na Podwalu, w piwnicy, urządzona w stylu krakowskim. Było duszno i ciasno, tłum salonowców. Nastrój karnawału, wszyscy goście w maskach. My z mamą autentyczne, weneckie, tylko na oczy z pawimi piórami. Niektórzy mieli założone na gumce twarze polityków albo celebrity. Nierozpoznawalni. Występy, kolejne osoby wchodziły na scenę i coś przedstawiały. Kiedy zbierają się ludzie, którzy mają ambicje artystyczne, to nawzajem się nakręcają i to bardzo dobrze wychodzi. Nawet jeżeli jakiś występ nie był najwyższych lotów, nie gasił nastroju. Chłopcy grali: Jurek, na gitarze a Janek na kontrabasie. Były tańce, a że brakowało miejsca, niektóre uskuteczniano na stołach i ławach. Na ścianach wystawa obrazów mojej mamy. Jeden z nich, Autoportret, został z wielką pompą wniesiony i odsłonięty. To był happening, niespodzianka dla mamy. Mama była nie tylko zadowolona, ale też przejęta. Bywanie w salonie i wernisaż uruchomiły pewien proces, który doprowadził do wydania w Muzie jej albumu monograficznego.
To poważna praca, jak odbywało się przygotowywanie tego albumu?
Należało wybrać prace, do albumu weszło około 200 reprodukcji. Małgorzata przeprowadziła z Marią Anto wielogodzinne nagrania, ułożyła je w formę wywiadu-rzeki. Wtedy znałyśmy się z Małgosią już dosyć dobrze. Dużo rozmawiałyśmy o mamie. Wiem, że to było pomocne bo wiele pytań inspirowanych było naszymi rozmowami. Moje komentarze pozwoliły jej szybciej dojść do sedna. I tak by do tego doszła, ale nie tak szybko. To zagrało na plus. Moja mama, była dużej klasy, niezwykłym kreatorem życia. Świadomie nie używam słowa manipulator, bo jest pejoratywne. Maria Anto zawsze kreowała rzeczywistość. Narzucała swoją wizję. Była w tym doskonała. W tym wywiadzie, Małgosi udało się przebić przez niektóre warstwy ochronne mamy. I przez jej niektóre kreacje. Myślę, że mama zdawała sobie z tego sprawę. Z jednej strony to zaakceptowała, z drugiej ją to irytowało, bo nie panowała nad sytuacją tak jak zazwyczaj. Jednocześnie, ponieważ była spełnionym człowiekiem sztuki, wiedziała, że to podnosi klasę tego wywiadu i tej książki. Wściekła była, że to nie ona sama do tej formy doprowadziła, ale oddała sprawiedliwość Małgosi – jak artysta artyście.
Czy coś się zmieniło po opublikowaniu albumu?
Tak, dużo. Choć na krótko, moja mama wróciła na rynek. Abstrahuję od tego, że to był zastrzyk finansowy, choć nie jest to bez znaczenia w tak trudnych dla artystów czasach. Najważniejsze było to, że ktoś zobaczywszy reprodukcje jej prac w albumie, przyjechał poznać i kupić obrazy. Miała poczucie, że jest potrzebna.
Mojej mamie się to należało, za to kim była, jakie było jej życie. Ile namalowała. Jak to było niezwykłe. I jak była konsekwentna w swojej sztuce i życiu.
Czy wieczór w Chimerze też zaważył w Pani życiu?
Zaczęłam bywać tam regularnie. Pomagałam w organizowaniu spotkań, robiłam katalogi do wystaw. Okazało się, że się w tym sprawdzam. Potem trafiłam do Małgosi do domu, potem na szabas - jeden, drugi. To też było przeżycie. Stopniowo, w sposób naturalny, okazywało się, że coraz więcej mnie z salonem łączy. O Dniu Dobrej Wiadomości, inicjatywie Fundacji Salon 101 słyszałam wcześniej. Potem poznałam kolejny projekt, Księgę Millenijną i jej zasady. Różne elementy zaczęły do siebie pasować. Na swojej drodze życiowej spotykałam ludzi związanych z ezoteryką, z wiedzą tajemną. Bardzo szybko trafiłam na Rudolfa Steinera. Medytowałam w grupie nieformalnej, zetknęłam się z Gurdżijewem. Takie samo podejście do rzeczywistości znalazłam u Małgosi i w Salonie. To moje miejsce.
Jaka była rola Małgorzaty w Salonie?
Małgorzata jest jak katalizator. Spina różne rzeczy. Wyobraźmy sobie ileś elementów, które są blisko siebie, ale się nie dotykają. Jak powstanie wir, to on swoją siłą ściągnie różne elementy, połączy, potem wypluje. Ale one już się raz zetknęły. O sobie dowiedziały. Już nie są takie same.
Przez wiele lat byłam związana z Teodorem Klincewiczem, który działał w podziemiu. On był człowiekiem tego samego formatu.
Chimerę powołano do życia, bo w Salonie nastały piątki szabasowe. Czy uczestniczenie w nich było dla Pani ważne?
Gdy miałam 25 lat, mój ojciec zaczął odkrywać, że mamy żydowskie korzenie. Wiedzieliśmy, że babcia ze strony ojca była dzieckiem adoptowanym. Ale nie wiedzieliśmy z jakiej rodziny pochodziła.
Okazało się że rodzina mojej babci uciekła przed pogromami z terenów Ukrainy albo Mołdawii pod koniec XIX wieku. Długo się tułali. W Polsce osiedli się koło Sochaczewa, zmienili nazwisko na Wołoscy i zarejestrowali jako katolicy.
Gdy moja nieznana prababcia zmarła w połogu, babcia - najmłodsze dziecko z niebogatej rodziny - została oddana do adopcji bezdzietnemu małżeństwu marzącemu o dziecku. W tamtych czasach tego typu postępowanie nie było niczym nadzwyczajnym.
Babcia, błękitnooka blondynka, odzyskała swoje rodzeństwo w czasie wojny. Pomagała im, nie wiedząc są Żydami. Dopiero ojciec dogrzebał się prawdy.
Nigdy nic nie podejrzewałaś?
Przez całe moje dzieciństwo mówiono mi, że jestem Żydówką. W 1968, gdy miałam 10 lat, mama zaprowadziła mnie do chirurga plastycznego, żeby mi zoperował nos. Ona w dzieciństwie słyszała to samo, co ja. Nie była żydowskiego pochodzenia, ale miała taki nos… Ja go po niej odziedziczyłam, razem z oczami ojca, byłam jakoś bardzo w typie. Na szczęście lekarz, ten chirurg plastyczny, wytłumaczył mamie, że jestem za młoda na takie eksperymenty.
Szabasy w Salonie były pierwszym zbliżeniem do kultury żydowskiej?
Nie, miałam koleżanki z zasymilowanych rodzin. Ich rodzice jakoś tak cichcem mnie dokształcali. Tłumaczyli co to menora, jaki są święta, pożyczali książki. Coś wiedziałam. Maturę zdawałam w katolickiej szkole. Babcia ze strony mamy zakonnica, będzie być może beatyfikowana. Jestem ezoterykiem, odkrycie żydowskich korzeni było czymś ożywczym. Ale to właśnie w Salonie, po raz pierwszy uczestniczyłam w szabasie.
Jak wyglądały szabasy?
Zwyczajnie. Najpierw modlitwa, potem kolacja przy stole ze świecami, mieliśmy śpiewniki fonetyczne po hebrajsku. Moim zdaniem, religia jest narzędziem do wewnętrznego rozwoju. Tak traktuję uczestniczenie w obrzędowości. Rytuały służą otwieraniu lub udrażnianiu kanałów energetycznych. I to właśnie dzieje się z człowiekiem w czasie szabasu. Doznanie tego stało się – mam nadzieję - moim udziałem. I było dla mnie ważne. Dając sobie prawo do uczestniczenia w tej energii, w kulturze żydowskiej, w jakiś sposób się dopełniłam. Nie tylko ja tak czułam. Przy tym stole dużo ludzi odnalazło swoje miejsce, uczyło się swoich korzeni. Dla wielu było to zapewne przeżycie bardziej istotne niż dla mnie, bo moja droga nie jest drogą wspólnoty w wierze.
Co podawano do stołu?
To była porządna koszerna żydowska kuchnia. Gotował taki chłopak, był doskonały. Potem zatrudniono go w Chimerze, gdzie się nie sprawdził. Ja upodobałam sobie kurczaka w miodzie. Wieprzowiny oczywiście nie podawano, zresztą ja nie tykałam jej od lat, jestem na nią uczulona. Zupełnie jakby moje ciało wiedziało przede mną, że ma żydowskich przodków.
O czym się rozmawiało przy stole salonowym, w tak różnych okolicznościach?
O wszystkim. Na szabas, spotykaliśmy się żeby się pomodlić, zjeść, porozmawiać o codziennych sprawach. To były spotkania prywatne, intymne, związane z wewnętrznym rozwojem czy budowaniem poczucia wspólnoty. Na szabas i do Chimery przychodzili ci sami ludzie. A w Chimerze…przy stole…bardzo często w Chimerze i w salonie spotkali się wyjątkowo ciekawi ludzie. Wydawać by się mogło że ciekawy człowiek to zdewaluowane pojęcie. A jednak Małgorzacie udało się przywrócić mu właściwy sens, nadać wymiar, walor i treść. Pamiętam niezwykłe spotkanie z Uri Huppertem, autorem książki „Podróż do źródeł pamięci”. Wojnę przeżył cudem, dzięki Polakom, wyemigrował do Izraela. Wyjątkowy człowiek, wulkan energii.
Czy Salon przecinał się z podziemiem? Tam spotkałam ludzi z podziemia i pewne rzeczy się odświeżyły. Wtedy znałam niewiele osób, ponieważ zajmowałam się sprawami technicznymi, przewozem matryc, klisz, łącznością między drukarzami. Tych kontaktów było niedużo i człowiek się do nich nie przyznawał. Dopiero teraz po latach okazuje się, że ktoś kogo znam, działał, ja też, a nic o sobie nie wiedzieliśmy. Bo o tym się nie mówiło.Przez Salon trafiłam do Stowarzyszenia Wolnego Słowa.
W Salonie też nieraz zgadało się, że ktoś coś o mnie słyszał, pamiętali Teosia. Byliśmy ze sobą cztery lata, w tym najwrażliwszym okresie. Ola była naszym nieślubnym dzieckiem. Teoś się ożenił i nie wiedział jak sobie poradzić z formalnym związkiem i nieformalnym dzieckiem. Gdy zginął, mojej nieobecności w jego życiu prywatnym i publicznym już nie dało się odkręcić. Przyrodni brat Oli dowiedział się o istnieniu starszej siostry, dopiero gdy miał 18 lat. Kontakty z tego okresu ożyły dzięki salonowi.
Czy Salon był miejscem znaczącym, czy jest takich miejsc wiele?
Myślę, że jest jedyny w swoim rodzaju, Ale niełatwo o tym mówić. Moja córka Ola przy okazji Harrego Pottera ze zdumieniem odkryła, że książki są o wiele bogatsze do filmów, które powstają na ich podstawie. Opowiadanie o Salonie, to jak robienie filmu z książki.
Jaka jest różnica między salonem a domem otwartym.
Salon to miejsce spotkań ale oprócz tego ofiarowuje możliwość sprecyzowania jakiejś idei. Jakichś wartości. A czasami wręcz narzuca konieczność określenia wyznawanych wartości.
W Salonie spotykają się ludzie różnych warstw, środowisk. Spaja ich idea, właśnie ta wartość wokół której narastają wydarzenia. Wspólne wartości jednoczą ludzi. Szacunek dla nich pozwala tym całkowicie różnym osobistościom spotkać się, rozmawiać. Stanowi punkt odniesienia. Tak długo jak długo szanują zasadę salonu, są w jakiś sposób sobie równi.
Jak zdefiniować tę wartość?
Ja, takie rzeczy postrzegam intuicyjnie. Wiem, że są. Nie ma we mnie potrzeby nazywania ich po imieniu, bo nie muszę ich sobie tłumaczyć. A poza tym mam takie odczucie, że… brak słów. Wiadomo, czego się robi.